Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 czerwca 2015

ślinotok

jeżeli wierzyć w reinkarnację, to wiem skąd się biorą lamy.


dywany to trzęsawiska. parkiety - bajora.
sam nie znasz dnia ni godziny...





bierze się znikąd. jak z horrorów pośredniej klasy.
zachodzi od strony zada Ofiary i ocenia pole manewru. świdruje błyszczącą gałką, a napięcie trzęsie kącikiem czerwieni wargowej. 

ofiara się zdecydowanie nie spodziewa.
zapatrzona w patologiczną rozrywkę naszego wieku, dopinguje majpony, dżordże czy inne kosmiczne majlse. w swej naiwności wybiera najprostszy dostęp do miejsc siedzących - poziom podłogi - i skupia wszelkie zmysły na odbiorze wesołych fal.





a przyszła lama, niczym niedoszły (a może przyszły?...) lampart, dopada cichcem w najmniej spodziewanym momencie.
wychyla się ruchem iście mickiewiczowskim ponad poziom sklepienia z przedziałkiem i z namaszczeniem wypluwa pełną miarkę skrupulatnie chomikowanej zawiesiny w centrum szwu strzałkowego.
następnie, by dopełnić obrządku, skrupulatnie wmasowuje fizjologiczne balsam w skalp (ku lepszemu porostowi zapewne) i niespiesznie oddala się w zacisze zapadniętej kanapy.





w spokoju i pewności siebie siła.
Ofiara regularnie orientuje się w tzw. PoNieWCzasie. 
jeżeli w ogóle.





a zawsze mi się wydawało, że lamy są bardziej bezpośrednie...

czwartek, 14 maja 2015

na wieczną pamiątkę

stój, poczekaj, nie tak szybko...
nie skacz, nie tam i nie tak...
nie wchodź, nie wspinaj się, nie biegnij...
uważaj, bo spadniesz, bo ostre, bo twarde, bo...

z każdego zakamarka, zza rogu, zza drzwi zerka wielkimi oczami Pan Strach z Panią Wyobraźnią. szepczą na ucho, wytykają palcami i robią głośne "buuuu!". 
oglądasz znane komody po raz setny, oceniasz kanty i wypukłości, gładkość powierzchni, wystające śruby. cały czas dowiadujesz się o nowych właściwościach starych piernatów oraz o nowych możliwościach własnych Dwukopytnych galopujących po stale zmniejszającej się powierzchni.
i oczy robią Ci się coraz większe.

aż w końcu nadchodzi taka chwila, że trafi do Ciebie, co "mówi się" w jakiejś tam bliżej nieokreślonej przestrzeni. 
że niby nie ma co tak panikować. że dzieci, to jednak elastyczne stworzenia i muszą trochę poszaleć. trzeba dać im przestrzeń, możliwości. nie można tak ciągle biadolić i zwracać uwagę. czasem lepiej nie patrzeć, a przynajmniej przymknąć oko, ewentualnie ucho...
i przymykasz. na sekundę.






- maaaamaaaaaa!!! - w małej białej twarzy dwa stawy oczu - W. ma dziurę w głowie...
ze środka czoła z siłą rwącą pędzi czerwone pasmo i barwi koszulkę. "dziura w głowie, dziura w głowie, dziura w głowie..." - dudni w uszach pociąg. myśli. 
zamrożone zwoje powoli się rozpędzają, impulsy zaczynają skakać między przypadkowymi komórkami i z zastygłego chaosu wydobywa się znajoma Pani Wyobraźnia podsycona obrazami z lat nauki. losowo, byle jak, bez namiastki logiki i prawdopodobieństwa pędzą na pomoc wszelkie możliwe Powikłania i Stany Nagłe z Przypadkami Szczególnymi.
ale nic to.
zszyte. opatrzone. pogłaskane. 
i głowa. i nadgryzione nerwy.


gdzieś tam na wakacjach, niedziela oczywiście. 
róg brodzika. dywanik łazienkowy. 
o jeden podskok za dużo. o jeden ząb mniej, o jedną bliznę więcej.


i jeszcze jeden i jeszcze raz! w rytm przyśpiewki, a dlaczegóż by nie? kolejne skoki, przewroty, upadki, szycie. 
kolejne potoki wsiąknięte w ręczniki, trwałe ślady dzieciństwa.





już trochę okrzepłaś i byle cięcie nie robi na Tobie wrażenia. 
nauczyłaś się oddychać, wyłączać obrazki w głowie, masz utarte szlaki "na wypadek".
i ciągle się dziwisz, że jednak dzieci przeżywają dzieciństwo. 
że sama przeżyłaś swoje.
i patrzysz na własne blizny już całkiem inaczej.

czwartek, 26 marca 2015

deja vu

tadaaam. sezon oficjalnie uznaję za rozpoczęty.






odrzucałam tę natrętną muchę tak długo, aż przygwoździły mnie tropikalne 18 st. C i dziewuszkowe niebieskie spodki bulbi oculi. ukrzyżowana wielkopostnie oddałam się urokom mokrego piachu, kolejek na "łiiiiii!" [czyt. zjeżdżalni] i pierwszych zaczepek chodnikowych.

czekam z zapartym tchem na nową perspektywę. liczę ziarenka w wiaderku z nadzieją, że jednak wiek robi swoje. liczę na nó(u)ż z widelcem, może się przystosuję. może będę czerpać więcej. dawać jeszcze więcej. może w ogóle zapanuje miłość i pokój. i zdrowie.
policzyłam na palcach. dla pewności. 6 miesięcy miziania się grabkami po wypukłych czołach. pół roku podchodów do foremek. rozeznawania międzymatczynych terytoriów.

i stanęłam w słupie słońca osłupiona. jak bardzo constans jest matkowanie... osłupienie się wzmogło, gdy piaskowa śnieżka opatuliła zatuszowane milimetry rzęs i potok wylał się z serca oknami duszy.

hartuję się. nacieram się warstwą ochronną zobojętnienia i boję się, że mi się nie uda.
i boję się, że się jednak uda.
przysypuję histeryczne oznaki łopatkami w kolorach tęczy i próbuję oddychać w zwolnionym tempie. trochę tępo.






wiem, trzeba czerpać, zapamiętywać, notować. bo nie wróci.
pstrykając zdjęcia, odprawiam dzisiaj własną nowennę: niech nie wróci.

niedziela, 18 stycznia 2015

operacja na otwartym sercu

wściekłe obcasy stemplują chodnik.
wygniatam strach, żal. poczucia. wszelakie.
ogłuszam się chaosem placówki publicznej.
plecak jest czerwony, przeładowany informacjami. spowalnia moje zapędy.





... godziny płaczu. odciski szczebelków. wygnieciony brzuch. godziny karmienia, odkładania, przysypiania, zasypiania. godziny wysuwania się cichcem, bo. godziny zbyt wczesnych pobudek. metry kolorowych kocyków "do dokrycia". kopniaki w nerki. karmienie, tulenie, noszenie, bezsilność, złość, gorączki. ciepłe rączki, zimne nóżki. wspomnienia...
dopadają wszystkie jednocześnie. wstrząśnięte nie mieszane...



dały radę. wstrząsnęły.



już po.
Ostatnia jest duża. już śpi sama. już nie rozpacza z braku. jestem wolna. jest okej. mam wolne noce. jest okej. mogę sobie spełniać wszystkie zaległe zachcianki i obietnice... ja - oswobodzona z kieratu Matka Polka.

muszę to wykrzyczeć sobie w twarz. 
zanegować. 
zaakceptować. 
wylać kroplę z oka i za kołnierz.
teraz mogę swobodnie układać sobie resztki pasji i możliwości.
nowe przyszło w oka mgnieniu i zostanie. nowe jest przecież dobre, każdy to wie. nowe jest potrzebne. nawet ja to wiem.






dlatego zabijam wzrokiem. idę, aż braknie tchu. zatapiam się w jazgocie, światełkach, szumach. 
żeby nie raziło poczucie końca. 

sobota, 13 grudnia 2014

groszek

nie lubię Cię.
przykro mi. trochę.






podchodzisz do mnie w tłumie, uśmiechasz się, oczy Ci błyszczą. mówisz coś takim przyjemnie ciepłym głosem. żartujesz. śmieję się, bo to rzeczywiście zabawne. miło mi, że mnie wyłuskałaś.
a potem zbliżasz swoją twarz do twarzy mojego dziecka. za blisko. i pytasz ile ma lat, za chwilę sama udzielając sobie odpowiedzi.
patrzysz długo. za długo. przesuwasz sondę od kilku blond nitek i lepkiego policzka, przez plamę po sałatce, do zielonej plasteliny za paznokciem.
i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.

znajdujesz mnie pod stosem kurtek, które próbuję, ciągle jeszcze trochę niezdarnie, poupychać na plecach właścicieli. i informujesz mnie, że "nakrzyczałaś" na mojego męża, bo za ciepło ubrał moje dzieci.
sama je ubieram.
nie lubię Cię.

czekasz, aż skończę serię pytań i odpowiedzi z Przedszkolną Władzą. i ciskasz własną serią. gdziedoszkołyczyteżnaolipiadęatańcetokiedyczyjużczytamożemnoży... gratulujesz mi osiągnięć przedszkolnych. a ja ciągle czekam na pytanie o IQ w kolejności rosnącej.
nie lubię Cię.

nie wiesz kim jestem, nazywasz mnie Tą Od Bliźniaków, Tą Z Trójką. bez wózka mnie nie rozpoznajesz. chcesz wiedzieć, czy będę mieć czwarte. czy pracuję. dlaczego jestem taka chuda. który wózek, śliniak, jaki tort na urodziny pierwsze i jaka zabawka na Gwiazdkę.
masz wiedzę omnibusa i częstujesz mnie tym słodko - gorzko - kwaśnym uśmiechem.
nie lubię Cię.

popychasz moje dziecko w kierunku ławki. nie pytasz, czy słyszało. nerwy puszczają Ci pod koniec dnia i nie masz cierpliwości. i popychasz moje dziecko.
potem stajesz w ramce z futryny i mówisz Dzień Dobry Do Widzenia. i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.








nie lubię Cię.
za bardzo uświadamiasz mi, jak naiwną jeszcze jestem dziewczynką. nigdy nie znajduję szybkiej Ciętej Riposty; oczy, jak zajączki, stają słupka, a moje IQ bawi się teraz ze mną w chowanego.
uśmiecham się. przykrywam lukrem błyszczyka niesmak i niemoc.

przykro mi. trochę.

piątek, 5 grudnia 2014

pierwszy ząbek

rosną.
no, wiem przecież.
wczoraj naciągałam podkoszulkę, starając się upchnąć ją w spodnie. tę, która prawie robiła za sukienkę w sierpniu.


rosną.
też mi nowina.
przy razowym z sałatą dwa owinięte w koce Głośniki nadają na częstotliwościach ciężkich do zniesienia. obecnie mają rzeczywiście bogatsze słownictwo niż 5 lat temu.


przecież zawsze to wiedziałam.
czekałam, wstrzymując oddech, kiedy w końcu...
ten mleczak i tak miał wypaść. może trochę za szybko. o wiele za szybko. ale to było jasne już w okresie prenatalnym.








małe dzieci mały problem. duże ponoć większy. zbyt wiele razy to wyśmiałam.







od niedawna jestem medium. siedzę przed kulą monitora, a tysiące zakładek mruga do mnie zachęcająco. żadna szkoła nie jest dobra. widzę samych drabów podbudowujących swoje niziutkie poczucie wartości, pastwiąc się fizycznie i psychiczne nad każdym odstępstwem od "normalności". widzę zmęczone nauczaniem emerytki próbujące wywalczyć chwile spokoju w klasie. widzę zadufane w sobie, antypatyczne małolaty plujące oszczepem "mięsa" i kiepskim dowcipem na odległość wielu metrów. widzę masę niesprawiedliwości, tysiące przykrych słów, wieloznacznych półuśmiechów, hektolitry łez. Sodoma i Gomora. podstawówka.


... byle zachować równowagę i się nie dać. byle nie zwariować z nadmiaru złych przeczuć. byle oddychać.
w ustach kwaśny posmak chełpliwych docinków, że ja nigdy. aż tak. nie będę. wariować. że mój chłód i opanowanie jest mi mieczem i tarczą. zachować dystans. oddychać.
przecież nigdy nie miałam być TAKĄ matką.
chłód i opanowanie. dystans.
dobre sobie...

bycie Matką jest bombą emocjonalną. jest piętnem. jest kwintesencją strachu, wyrzutów sumienia i bezsilności. jest walką ze sobą o siebie. JEST WALKĄ. z całym światem.



dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?...

środa, 8 października 2014

kiedyś

zawsze lubiłam dzieci.
ale chyba coś mi się stało...





szła na zajęcia. wysoka blondynka, może chwilę starsza. a może przez ten wzrost dodałam jej powagi.
była już tu wcześniej, więc chętnie pokazała gdzie szatnia, sala, omówiła metody płatności i uraczyła refleksją o kadrze. miła, wesoła, bez barier komunikacyjnych, niedomówień. 
łatwo ją było lubić. 
kiedyś chętnie bym podtrzymała kontakt.
ale...

szła na zajęcia z synem. całkiem sympatycznym, ruchliwym chłopcem. 
kiedyś chętnie poszłabym z nimi na kawę i miałabym nawet frajdę z pogaduszek z małoletnim człowiekiem.
ale...





chyba coś mi się stało.
chyba już nie lubię dzieci. innych.
przeraża mnie myśl o kawie z czwartym dwunożnym krzykaczem. przeraża mnie perspektywa pogawędki pomiędzy kredkami i setną łódeczką origami.
zaszywam się w swoich dziwactwach na uboczach.

sobota, 13 września 2014

pokolenia

kulę się w napięciu. naciągam ścięgna, napinam mięśnie, powoli puszczam bańki powietrza, kontrolując ich tor lotu.
słucham szumu skrzydeł komara.

śpi.
usnęła i teraz muszę się wyplątać w gąszczu zaciśniętych palców, przerzuconych pulpetów łydek i gałgana kocyków. wiem. będzie mi tego brakowało. już zaczyna brakować.
ciekawe, czy świeżość tych wspomnień zostanie na dłużej. ciekawe na jak długo.






zaczynam się domyślać po co babciom wnuczęta...

środa, 23 lipca 2014

prezent

trzask.

sandał w półbiegu. torebka uchyla paszczę ze zdziwienia, opluwając się kluczami i drobnymi. klamka z głuchym łoskotem zapadła. się.
tylko zielone cztery kółka z napędem na dwie nogi z wyrzutem sypią resztkami piasku i herbatnika.

stało się. trzask. ślepej kurze ziarno.



pędzę. trochę z powodu czasowych zobowiązań. głównie z przyzwyczajenia. wsiadam w tramwaj na gapę, bo goni mnie przeciągłe, przygłuszone drzwiami i pancernym wyrzutem sumienia zawodzenie i chlipanie. pędzę.

zamykam za sobą drzwi. takie duże, szklane, które zawsze sprowadzają mnie do poziomu Dawida co z Goliatem. zatapiam się w luksusie niepoplamionych obić, błyszczących kranów, pachnących kawą i kadzidłem korytarzyków. uśmiechy ani mnie ziębią ani parzą... w sumie wszystko mi jedno. jedyne, o co mam zamiar drapać pazurami, to absolutne minimum słownego przekazu. jak w dzieciństwie: usta na kluczyk. ciiiii...
po czasie zdecydowanie za krótkim wiem, że będę tęsknić do chłodu miejsc obróbki zewnętrznej mojego środka.

mój dzień. mój ci on. i jeszcze nie koniec z nim.



... ciąg dalszy...
czarno wszędzie. głucho wszędzie. 
popcorn będzie. i woda. i animowane przedstawienie dla dużych. dziś mam wolne od podejmowania decyzji. idę w wir tego, co kuchnia dała. a dała znakomicie.

więc jest znakomicie.
nic mi nie obija łydek. no, torebka może trochę zaburza moje poczucie równowagi swoją niezbyt słuszną posturą, a dłonie może rzeczywiście przejawiają drobne syndromy odstawienia nie mogąc znaleźć sobie punktu zaczepienia w mniejszej dłoni. spaceruję zdziwiona jak wiele rzeczy już mnie nie rusza... chyba urosłam.








idę. 
wracam. 
im bliżej, tym bardziej wyciągam nogi. za chwilę będę znowu pędzić. tylko tym razem niesie mnie samo do tego zielonego z wyrzutem sypiącego piaskiem i herbatnikiem przed wejściem.
wracam wcześniej. a myślałam, że dam radę... że mnie nie pociśnie po "instynkcie macierzyńskim" (fuj!). 
pewnie kiedyś dam. poczekam sobie spokojnie.

niedziela, 6 lipca 2014

miniaturka z drogi

- podoba Ci się w przedszkolu?
- nie.
- a masz jakiegoś kolegę, którego lubisz najbardziej?
- nie. Kiedyś lubiłem Jednego i Drugiego, ale oni takie głupoty robią... Byłabyś zła. I Trzeciego też już nie lubię.
- ?
- bo on też straszne głupoty robi.
...
- siebie w sumie też nie lubię... Bo ja też czasem robię głupoty.



skutki pogawędek w drodze dla zabicia czasu.
teraz się zastanawiam, na ile chcę go jeszcze ciągnąć za język.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

aparat

pstryk.
czerwona sukienka w białe grochy. chustka na głowie. brązowe sandały z motylkami. chude nogi już pogłaskane promieniami i poorane chaszczami. grzywka mokra od potu.
pędzi na złamanie karku. gna, lawirując pomiędzy młodymi patykami przyszłych jabłonek, śliwek i gruszek, jakby wcale nie dotykała podłoża. tylko lekko zasapana.

nie pamiętam, o co pytała. pamiętam za to, że potem leciała z powrotem. stałam w dziurze przyszłego tarasu z gęsią skórką od chłodu surowych ścian. oczy bolały od słońca, a ja patrzyłam uparcie, jak w młodej zieleni początku czerwca powiewa czerwona sukienka w białe grochy topiona skwarem południa.

pstryk.
wiaderko po bardzo dużym opakowaniu jogurtu albo sera na sernik. na drewnianej ławce mydło "zielone jabłuszko" mocno już zużyte. obok pachnący ręcznik. woda w wiaderku jeszcze nie zdążyła się ogrzać od słońca, więc trochę mrowią palce.
trzyma się jedną ręką ławki i wsadza tam obie bose stopy. ledwie się mieszczą. tupie z całych sił, a miliony mokrych brylantów spadają na suchą drogę, czarnego kundelka i resztę towarzystwa. w uszach brzęczą radosne dzwoneczki. marszczy przy tym nos i pokazuje niepełny komplet uzębienia w ten jeden niepowtarzalny sposób.
za chwilę cała trójka ląduje w kolorowych miskach i zabawa nabiera jeszcze więcej kolorów.

stoję w cieniu altanki.
nas też była trójka kilkanaście lat temu. te same miski, a czasem nawet czerwona łódka Dziadka robiła za basen.

pstryk.
granatowa miseczka z IKEA. garść trawy, liść kapusty, trochę wody. i on. mokry, lepki od śluzu wystawia czułko - oczy powyżej krawędzi, dzierżąc delikatną chałupkę po stromej ściance. chce uciec. palce uwieńczone brudnymi paznokciami skutecznie te zapędy udaremniają. dużo w nich delikatności i zdecydowania. o własne zwierzątko trzeba dbać. trzeba je wychowywać. mieć zawsze na oku. albo w kieszeni. ewentualnie pod poduszką na noc...

zerkam z ukosa, układając wzniosłą przemowę na temat wyższości wolnego wybiegu.

pstryk.
pod blokiem. pomiędzy dwoma trzepakami metalowa ławeczka. trzy pary poobijanych, zaklejonych strupami kolan. trzy pary stóp w kolorowych sandałach wymachują rytm w takt wylizywania lodowych patyków. buzie, zajęte letnią przyjemnością, pierwszy raz od wielu godzin nie wydają dźwięków. cisza, kolorowe plamy na bluzkach i słońce.

stoję i do wtóru wylizuję mój patyk.








zapomniałam aparatu. może mi te słowa nie wyblakną...

niedziela, 8 czerwca 2014

robocop

ile nobliwych dam, ile cnotliwych matron, ile nieśmiałych dziewoi, ile krnąbrnych dziewuch... tyle różnych porodów.

ile szpitali, ile miejscowości, ile pieniędzy wyłożonych na cele dopieszczenia foteli ginekologicznych... tyle różnych porodów.

ile wybuchowych mieszanek genetyczno - socjalno - ekonomicznych... tyle różnych porodów.






bo można tak:
... poniedziałek rano. przyjęcie planowe na oddział. przygotowanie do cc. 38 Hbd. ciąża mnoga. bliźniak 1 ułożenie miednicowe. bliźniak 2 ułożenie poprzeczne. badanie bolesne, łóżko na 15 min. na patologii niewygodne. sala zimna. jakoś... goło tak... znieczulenie natychmiastowe. parawan. trochę studentów, kilka głosów.
(trzęsące się ręce, głupi uśmiech na facjacie, włosy dęba stoją w napięciu... streeeees)
kilka minut i pierwszy krzyk. wdech - wydech. wdech - wydech. jak w dowcipach o blondynkach. drugi krzyk. wyyyydech.
jedno chce zjeść nos, drugie policzek - sekunda na spojrzenie i...

nie ma.
długo.
całe niemal 12 godzin.
bo ruszyć się nie wolno. bo jeszcze znieczulenie. bo sen nadchodzi mimo, że się go wcale nie chce.
... bo krew trzeba toczyć...

a jak już są, to nie ma sił. pokój de lux przypadkiem dostany. i płacz we trójkę, bo czwarte koło z tego wozu wyrzucają z sanktuarium "Nowe Życie" o 22.00. pierwsze ziółka na uspokojenie. modlitwy o powrót. dużo modlitw.





bo można i tak:
piątek. przyjęcie planowe. podejrzenie hipotrofii. 39 Hbd.

- Pani po cc, więc jeśli Pani powie, że chce cc, to ma Pani pełne prawo.
- NIE. CHCĘ. CC. nigdy.

... więc cewnik. oksytocyny nie wolno, bo po cc...

- Pani się położy spać, bo to pewnie do poniedziałku nic się nie wydarzy. Mąż niech do domu też spać idzie.
- Ale ja CHCĘ urodzić dzisiaj. Ja, proszę Pani, muszę urodzić dzisiaj, jeszcze przed końcem roku. Bo to dobry rok jest.
- Ale Pani po cc, 2cm rozwarcia... pewnie i tak będzie cięcie w poniedziałek.
- Proszę Pani. ja. dziś. urodzę.

i...  
słony smak wysiłku w ustach. wyjącą agresją wyładowany pakiet bólowy. niemoc, bezsilność i nieuchronność. 
ósmy pasażer Nostromo wyłania się ot tak... bo to dobry rok jest...
i mimo odkrycia kresu własnych sił, mimo wydobycia z siebie alter ego, uwolnionego skurczem mięśni wszelakich, jest to również najpiękniejsze doświadczenie pokonania granic stawianych przez skorupkę ciała. Robocop...





i można wspominać na tysiąc różnych sposobów z każdej jednej perspektywy. i można jeszcze wiele innych historii wpleść w skowyt urodzin świętowanych hucznie co roku. 
i można też świeczkę na tym torcie dodatkową wstawić... 
dla Robocopa...







na cześć Siostry. na cześć Mamy. na cześć porodów z tej minuty...

poniedziałek, 2 czerwca 2014

masza

bo świat dziecka jest dla mnie zagadką.

bo pamiętam (będąc jeszcze w dalekiej podstawówce, a może jeszcze w liceum), jak bardzo wierzyłam gdzieś w najgłębszym kącie jeszcze dziecięcej duszy, że moja lalka (TA lalka) ożywa w nocy.

bo pamiętam, jak niezwykłe były te całkiem zwykłe rzeczy, które odkrywałam dla siebie, po kryjomu przed wszystkimi; żeby nikt mi nie przerwał zachwytu pierwszego olśnienia.

bo pamiętam, jak co roku obiecywałam sobie solennie, że NIGDY nie zapomnę chwili, kiedy minuta stała się Minutą, a nie bliżej nieokreśloną przyszłością trwając nieskończenie długo. bądź zbyt krótko.

bo pamiętam, że książki dla dzieci i bajki przeżywałam ze łzami w oczach jeszcze na studiach.

bo pamiętam, że miałam to wszystko (i jeszcze więcej) pamiętać, kiedy będę miała własne dzieci. żeby próbować rozumieć ich wrażliwość. żeby pamiętać, jak ważne i ważkie są zwykłe, szare czynności. jak niezwykle zwyczajne jest odkrywanie drobnostek codzienności.




i dlatego z taką radością i dreszczykiem emocji odnajduję te perełki. zupełnie przypadkiem, dzięki moim dzieciom, powracam sobie do wspomnień własnego dzieciństwa.
oto perła:






sobota, 31 maja 2014

nie chce mi się

początki były niemrawe. zupełnie niepozorne i w ogóle w nieprzepisowym czasie, więc kto by zwrócił na to uwagę? no, ja nie. bo wszystko trochę szło za szybko, zbyt sprawnie i ja się CIESZYŁAM, że takie to zdolne, zdrowe, szybkie...

ale każdy kij ma dwa końce, nieprawdaż?... oj, prawdaż.

pierwszy jęk niezadowolenia, pierwsza mina obrażonego Buddy, pierwsze wąwozy pomiędzy brwiami i karcące łzawe oskarżenie. nie dało mi to do myślenia. a powinnam była już wtedy przeczuwać, tknięta oparami wspomnień, powinnam była zbroić się na walkę.

nie ma dwóch lat, brakuje jeszcze wielu miesięcy. nie ma też metra, brakuje wielu cm. ale ma swoje zdanie. i ma wolę walki. a z nas dwóch tylko ona ją ma.
moja wola walki została wyczerpana kilka lat temu, kilka buntów temu. teraz rozsiadłam się wygodnie, rozpasana "rozumnymi" rozmówkami, błyskotliwą wymianą argumentów słownych, potyczkami na kpiny. teraz czuję wstręt do rozwiązań siłowych, do konsekwencji, która prowokuje kolejne wybuchy. czuję wstręt do tego poczucia zagubienia i bezsilności, które będzie towarzyszyło pewnie nam obu.
początki to jeszcze nie apogeum. wiem, że przyjdzie; wiem, że pewnie zdarzy mi się siłować w tym sklepie z tysiącem wątpliwości i suchymi łzami, ciągnąc ją do wózka w konwulsjach pretensji do świata. wiem i już czekam z drżeniem i modlę się bardzo po cichu, że może jednak jakoś to przeskoczy. że może skoro tak szybko wszystko, to TO też tak szybko minie. modlę się, ale wiary brak...






jak mi się nie chce spinać na wdechu przy każdym drgnieniu powieki w Ten sposób! 
jak mi się nie chce zastygać w napięciu przy każdej Tej zmianie w harmonogramie dnia! 
jak mi się nie chcę znowu pętać niepewnością przy obowiązkowych zakupach! 
jak mi się nie chce przeliczać spacerów na minuty cierpliwości! 
i nie chce mi się, jak cholera, rozważać atrakcji dnia w kategoriach taktycznego powrotu do domu!

ale nade wszystko, nie chce mi się znowu słuchać tego podszeptu, czy aby nie przesadzam? czy aby nie za ostro? czy aby nie za łagodnie? moja wina, moja wina... moja schizofrenia...

piątek, 23 maja 2014

sprostowanie

bo to tak jest, że w końcu uda się usiąść wieczorem. i mimo, że oczy się zamykają, uda się zacząć "od środka" oglądać to, co dobrego tv daje. a czasem jednak się zdarzy.

i tak to właśnie jest, że to, co zapodali na ekranie, wciągnie do tego stopnia, że (po zimnym rozrachunku) jednak brak snu jest znikomą ceną za doznania kulturalne, będące od paru lat w katastrofalnym deficycie. i nawet można się uśmiechnąć na myśl o takim poświęceniu.

i jest też tak, że z głębi najgłębszej zapatrzenia, zasłuchania, oczarowania wyrwie zew dzieciny. właśnie 5-10-15 minut przed finałem. więc w pędzie wyłącza się wszystko i gna co tchu (bo to np. nie własne łoże, a łoże powiedzmy dziadków), by uspokoić i uśpić po raz kolejny. i okazuje się, że w tym pędzie ten zew nie powtórzył się więcej niż jeden raz, dziecię samo się uśpiło, a kultura jednak została odcięta.

i bywa również, że trzeba gdzieś koniecznie zapisać kilka słów, które chce się pamiętać. i chce się je potem opatrzyć ładną czcionką. i "ubrać" odpowiednio. więc robi się to z dziecięciem pod łokciem, z wygiętą głową, na telefonie. i pod kołdrą, żeby neonowa biel monitora nie zaburzyła ciszy.

i wtedy tak właśnie się zdarza, że zamiast "zapisz" klika się "opublikuj". a dowiaduje się o tym następnego dnia.

i tak już jest, że ważne słowa "idą w świat" jakoś tak bez fanfarów. bez ozdóbek. po prostu.







a kolejny film, którego początku oraz zakończenia nie poznam przez najbliższy dłuższy czas, w którego słowach się zatapiałam, to "Miasto utracone".

środa, 21 maja 2014

było sobie życie part 2

ostatni rok. ostatnie zajęcia z bloku. piątek.

pamiętam, że wleciałam na wykład spóźniona, jeszcze w płaszczu i w biegu wyjmowałam Red Bulla, bo kawy nie zdążyłam zalać. pamiętam, że był to jeden z lepszych dni, bo koła pozaliczałam i tylko egzamin został i chociaż byłam tak totalnie nieprzytomna, to wiedziałam, że to ostatni dzień.
porodów nie było. operacji nie było. na patologii był spokój. na Izbie nikogo. 
był spokój. tylko ja trochę poddenerwowana.
zajęcia, jak z bicza strzelił, przeleciały, a potem wszyscy do domu pobiegli. tylko nie ja i moja eM. bośmy się jeszcze na dyżur wpisały licząc, że się zlitują i nam odpuszczą.

ja już wiedziałam od początku, że test muszę obsikać. wyczuwałam od rana, ale, przytłumiona kilogramami książek i zwyżką nadgodzin nocnych, świadomość pozostawała uśpiona. 

pamiętam, że w przerwie na obiad biegłyśmy pędem do baru mlecznego, potem zahaczyłyśmy Biedronkę (kolacja i śniadanie i "energetyki", bo a nuż widelec wszystkie brzuchate zaczną rodzić), a na koniec jeszcze aptekę. bo ten test, kurde.
tylko nie było gdzie go zrobić, a cenne minuty przerwy uciekały. więc wpadłyśmy do jakiegoś urzędu.

i tam, w przypadkowej toalecie, w pośpiechu przed powrotem na porodówkę (o, ironio!), obsikałam ten mój nieszczęsny test.
i nic nie jest w stanie opisać tej kumulacji uczuć. bo mało jest w życiu takich momentów, jak ten, kiedy sikasz na bibułkę i całe życie Ci się wywraca. i zapiera Ci dech tak, że musisz sobie przypominać o oddychaniu. i ręce drżą. i na zmianę nie wiesz, czy się śmiać czy płakać i właściwie nie rozumiesz co masz przed oczami. i to jest taki moment, który (myślę) pamięta się przez całe życie. bo w jednej sekundzie przewartościowujesz sobie całe dotychczasowe swoje szczęścia i nieszczęścia. i wszystko jedno, czy to są pierwsze Dwie Kreski w Twoim Życiu, czy drugie, czy kolejne.
to moment na miarę końca świata.

i choćbyś nie wiem jak na to czekała, choćbyś sprawdzała co tydzień przez miesiąc, bo a nuż... to i tak nie jesteś na to gotowa. a od tej pory na nic nie będziesz gotowa. ani na ciążę. ani na poród. ani na kolejne etapy wychowywania.
bo te tandetne, osłuchane i niemodne stare powiedzonka mają w sobie jednak pewną moc. 
bo życie jest pełne niespodzianek.

czwartek, 8 maja 2014

poletko bitwy cz.3

no i idziesz w tany. tu łopatka , tam grabki. kuksaniec z huśtawki, spodnie zzieleniały ze złości na trawie. zabawa w chowanego z matką. mikro - kłótnie w mikro - światku. nauczki i potyczki. wszystko jest. wszystko gra.

ale... naciskasz tę klamkę. przechodzisz ten próg i zamykasz się w klatce. ot, tak. dobrowolnie. 
dlaczego?
bo w tej mikro - przestrzeni doświadczeń Twoich dzieci są też inne matki. ojcowie. babcie. dwa światy się spotykają i przeplatają. dzieci nie mają pojęcia o kolejnej walce, którą trzeba Ci mężnie przejść. samemu.

półuśmiechy. półspojrzenia. 
jakoś tak nie wiadomo jak to ugryźć. wahasz się. potrzebujesz współodczuwania tych samych doświadczeń i jednocześnie wiesz, że tego właśnie w tym miejscu nie dostaniesz. bo raj uciech dziecięcych jest miejscem bitwy pobudzonych ego matek. to miejsce bitwy instynktu obrony miotu. 
jesteś czujna, niedowierzasz. 
jedno pchnęło - matka tego, co pchnął z reguły używa argumentów słownych, że "be, nieładnie, idź przeproś" (a w  czarnym sercu matki "rozbójnika" - radość, że się nie dał, że się przepchnie, uff). matka popchniętego uśmiecha się niby - wyrozumiale (co za wychowanie, jakież niegrzeczne dziecię, pewno zaniedbane emocjonalnie). lustracja garderoby obowiązkowa. kaszkiecik, falbanki, pantofelki - ohoho! się powodzi. biedne dzieci, pewnie boją się każdej plamki. dresy, wyciągnięte bluzy, wytarte koszulki - jak można tak dzieci puszczać do ludzi?! pralki w domu nie ma? biedne dzieci.
i tak w kółko.

z całych sił się starasz, żeby nie widzieć ukradkowych spojrzeń. wertujesz kolejny raz wszystkie plamy po przedszkolnym obiedzie, wszystkie wysunięte spinki, przekrzywione czapki i wmawiasz sobie, że to nie ważne. Ty WIESZ, że to nie ważne, ale jednak.. spojrzenia ciążą. mimowolne uśmiechy i zdawkowe pytania: a w jakim wieku? chłopcy czy dziewczynki? (bo do wieku ok. 3 lat naprawdę ZAWSZE ktoś o to zapyta przy bliźniakach. nawet jeśli jedno w portkach a drugie na różowo). i trzecie jeszcze?! współczuję/podziwiam... (pewnie wpadka, bo nikt normalny tyle nie planuje). i czujesz ten ciężar OCENY.

a ocenia się tu matkę. i to ją się wini, że niedomyte, niedouczesane, niedoubrane. że takie pyskate (a nie: wygadane), że nie zrobi porządnej babki i gada tylko monosylabą. bo to jej powinność: DBAĆ. 
więc starasz się unikać tych spojrzeń. unikać rozmówek. uparcie wbijasz oczy we własny dorobek lędźwi i starasz się cieszyć tą gonitwą sześciu par "kopytek", rezygnując z ewetualnych "dorosłych" pogadanek.

a jedyne o czym po cichu przed sobą marzysz to to, że w końcu spotkasz JĄ. nieumalowaną, potarganą z grubsza, ubraną trochę krzywo i niezupełnie "do pary", z resztką kaszki gdzieś. i że nie zapyta ile ma lat i czy to dziewczynka, tylko po prostu powie: ciężko bywa, nie? ale warto. że opowie trochę o swoich, zamiast pytać od razu o Twoje. i może będzie chciała kiedyś jeszcze się umówić na ten placyk. a nade wszystko marzysz (płonnie), że zapyta co ostatnio przeczytałaś/ obejrzałaś...









i konia z rzędem każdemu, kto nie popełnia tych samych grzeszków: nie wchodzi w ugrzecznione pogadanki o osiągnięciach dziecka, nie pyta, ile lat ma podopieczny, nie ocenia w pierwszym odruchu ciucha czy odzywki nieletniego. i nie ocenia przy okazji matki "po okładce". 
ja tam takiego konia bym chciała, a nie dostanę...

sobota, 3 maja 2014

poletko bitwy cz.2

więc jednak się decydujesz i naciskasz klamkę. a tam, poza Narnią, jeszcze i swoisty Mordor. poza światkiem piasku i bujania po niebie, czai się jeszcze coś...

lokalizując rozbiegającą się Młodą Rzeszę, jednocześnie robisz szybki przegląd "zawartość" tej namiastki własnego podwórka w mieście. w piachu trójka w różny wieku różnej płci, przy piachu jeszcze dwójka. dwie huśtawki z trzech obsadzone, sprężyny wolne.
STARCIE NUMER JEDEN przy huśtawkach. obserwujesz, nie reagujesz. biegnie nr 1, w tym samym czasie starszy chłopiec o dłuższych nogach kątem oka dostrzegł zagrożenie. dobiega pierwszy i tryumfalnie zasiada na czerwonej deseczce. z delikatnym ukłuciem patrzysz na te wewnętrzne zmagania TWOJEGO  nr 1. ale uśmiechasz się dziarsko, że niby nic się nie stało zaciskając pięść. życie...
STARCIE NUMER DWA w piachu. nie przeczuwałaś, nie widziałaś, bo akurat dziecię nr 3 pożerało babkę piaskową (niemal jak z przepisu na tyłach proszku do pieczenia). poczułaś tylko smętną łapkę na ramieniu i zobaczyłaś pół niewypuszczonej z oka łzy... "bo wszyscy mi psują babki..."... zaciskasz pięść. życie...
STARCIE NUMER TRZY przy własnej nodze. rozgrywka o grabki (dobro społeczne piachownicy). krótkie szarpnięcia, gniewne "eeee!" z dwóch stron zabawki i nagle grabek już nie ma. nie widziałaś początku, więc trudno zająć stanowisko, się upomnieć. zaciskasz pięść...

wychodząc pospiesznie przez bramkę Mordoru, czujesz palące ślady paznokci po wewnętrznej stronie dłoni.
kusi, żeby zainwestować w złote klatki, przysłowiowe klosze. i możesz tłumaczyć, pocieszać, podpowiadać, ale... wiesz, że słowa nie za wiele pomogą. najtrudniejsze nauki muszą odebrać osobiście. pozostaje Ci dostojnie stać za nimi murem. dostojnie kłuć się paznokciami i przygryzać język za zębami.
i chociaż starasz się uczyć, jak tu z empatią do świata wychodzić, jak się cieszyć z nowych doświadczeń, spotkań, to kiedy łokciem się przepychają uśmiechasz się dumnie, czasem wręcz tryumfalnie. nawet do ucha pochwałę szepniesz.
bo wiesz, że przez życie, to trzeba z przytupem. że o swoje, to trzeba jak lew, żeby nie musieć jak hiena. życie...
a to dopiero piaskownica...

środa, 30 kwietnia 2014

poletko bitwy cz. 1

naciskasz klamkę. uchylasz niepewnie bramkę, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robisz. nawet jeśli sprawę zdajesz sobie w miarę dobrze, to i tak, wiedziona zapewne jakąś ciemną stroną mocy, robisz krok na drugą stronę. niczym na druga stronę lustra, do Narnii, czy przez Gwiezdne Wrota.
no i już pozamiatane. jesteś tam, gdzie czaso - przestrzeń się zagina.

pkt. 1
zawsze jesteś za krótko i za długo. 
za krótko, bo ten piasek jeszcze nie cały przekopany; a na huśtawce to dopiero trzysta pięćdziesiąty raz się bujają; a właśnie jest wolna karuzelka; a tam jeszcze tyle trawy do wyrwania i wtarcia we włosy/ kolana/ bluzkę (niepotrzebne skreślić)...
za długo. za długo jest już wtedy, kiedy odpinasz paski wózka i rozglądasz się po polu minowym szukając ewentualnych zapalników. dlaczego ta minuta ma AŻ 60 sekund!

pkt. 2
choćby najmniejszy metraż rozrasta się nagle do tysiąca kilometrów. okazuje się, że siedmiomilowe buty rzeczywiście istnieją. dziecię nr 1 lokalizujesz na huśtawce (uff, będzie spokój przez 5 min), nr 2 w piachu (ok. checked), nr 3... (chwila skupienia)jest. zaliczyło klasyczne zarycie nosem o pluszową darninę. wycierasz nos, robisz głośnego cmoka, klepu - klep po łopatce. "zobacz jaka fajna huśtawka, poskaczemy?". skaczesz.

kątem oka przeliczasz: nr 1, nr 2, nr 3 przy nodze. skaczesz. nr 1, nr 2... nr 2... ( szybki przegląd ludzi mniejszych w piaskownicy, żyła na szyi się napina, delikatna fala gorąca, przypominają się wszystkie opowieści o porwaniach i sprzedaży nieletnich)... nr 2! uff. za drzewem. nr 3... zahaczyło o wystające źdźbło trawy i to znów nosem. otrzepujesz, pocieszasz. kątem oka: nr 1 już w piachu, nr 2 jeszcze w piachu, nr 3 w trawie nosem. nr 1 - inna huśtawka, nr 2 przy wózku, nr 3 biegnie przez trawę, aby zaryć w piach. nr 1 przy wózku, nr 2 na huśtawce, nr 3 pod huśtawką. cudem unikacie oskalpowania butem i rozrycia skroni. i raz - dwa - trzy. raz - dwa - trzy. raz - dwa - trzy. i jeszcze raz... i...

pkt. 3
atmosfera się zagęszcza. 15 minut to cała wieczność. zaczynasz zerkać kątem oka dodatkowo na cyferblat. teraz jedziesz na raz - dwa - trzy - cztery. zabawa w chowanego już męczy, więc podejmujesz PRÓBĘ NUMER JEDEN. wiesz, że i tak będzie to piękne fiasko, ale od czegoś trzeba zacząć.
"będziemy się powoli zbierać"
Mała Rzesza udaje, że nie słyszy. bądź rzeczywiście nie słyszy. przeliczasz jeszcze przez 10 minut (raz - dwa - trzy - cztery). PRÓBA NUMER DWA. tym razem dla efektu i zabicia czasu podchodzisz do każdego z osobna, każesz patrzeć w oczy i powtarzać: ostatnie dwa machnięcia nogami/ łopatką/ garścią z piachem i idziemy. przynajmniej masz wrażenie, że dotarło w pobliże uszu zainteresowanych.
po umownych "dwóch razach" (w rzeczywistości kilkudziesięciu) - PRÓBA NUMER TRZY. bogata wieloletnim doświadczeniem, wiesz, że liczy się taktyka, logistyka, czasem również siła autorytetu deseru/ tv. nr 1 zostaje odholowane w pobliże wózka z pewnym ociąganiem, bo jeszcze nie dotknęło stopą tej białej chmurki. nr 2 ciągnie za sobą smętny ślad piachu z butów. nr 3 taktycznie dostaje herbatnika w łapsko i sprawnie przypinasz je do wózka.
...
zanim udaje ci się je przypiąć, nr 1 oddala się zbierając bukiecik mleczy, a nr 2 właśnie zaczyna zdejmować buty, bo jeszcze nie cały piasek się wysypał.
zanim doprowadzisz do porządku w szyk marszowy nr 1 i 2, nr 3 zjada herbatnika i orientuje się, że jeszcze widzi piach. więc CHCE. więc zaczyna się wykręcać i próbuje prześliznąć się przez zasieki pasów bezpieczeństwa.
...
następuje chwila niezbędnego chaosu.


naciskasz pospiesznie klamkę. lekką stopą wracasz z Narnii na swoją stronę lustra, na Ziemię. cała zabawa zajęła wprawdzie godzinkę. wprawdzie doszedł jeden siwy włosek do powstającej pomału kolekcji. ale czegóż się nie robi dla tworzenia wspomnień z dzieciństwa.

środa, 16 kwietnia 2014

kręci się

wstaję rano. ręka w rękę z T. zwiedzamy pomieszczenia. H. i W. wstają, więc idziemy do nich. T. klepie któreś po głowie, wchodzi na stół, ściągam ją. starsze chcą rysować, ale umowa jest, że najpierw mycie i ubieranie. jakoś im to wychodzi. kredki, kartki, wspinaczki po meblach. pasta, mydło, ciepłe spodnie. łyk wody. potłuczone kolano. kilka ciętych słów. przepychanki z bluzami, kurtkami. buty już są. papa!
... poszły do przedszkola.

T. na ręku, bo już zmęczona, śniadanie na stół. mniam. bawimy się chwilę. T. do łóżka.
... 1,5 godz. ruchu nieskrępowanych rąk.
zmyć naczynia, uprzątnąć stół. łazienka do czyszczenia, podłogi do mycia. poukładać u dzieci. kawa... zapomniałam o kawie! a jeszcze tylko 30 min. drzemki!
... wstała.

obiad gotowy w ratach, T. wisi u nogi. mniam. odkurzamy, a odkurzacz straszna rzecz, więc trochę na ręku, trochę przy nodze. sukces: dotknęła rury. chwila w książeczkach. chwila w klockach. sen.

i od nowa. zmyć naczynia, uprzątnąć stół. ogarnąć klocki i książeczki. zorganizować coś na "po przedszkolu". spakować wózek.
uff. jest 30 min. wolnego. na KAWĘ.
... wstała.

jedna noga, druga ręka. nie uciekaj. szalik, czapka. poczekaj. klucze, telefon... telefon.. gdzie telefon?... a klucze?...
jest. odpięty wózek, poszły.

winda, chodnik, światła, skrzyżowania. przedszkole.

i od początku. bluzy, kurtki, czapki, szaliki. tak, potrzymam rysunki. tylko pięć? i Ritę też potrzymam. nie jedzcie teraz jabłek, ubierzcie się. T. nie wchodź na schody. jak to chcesz siku? przecież jesteś ubrana... chodźcie już, bo się tu ugotuję...
... uff... wyszliśmy.

i jeszcze raz. skrzyżowania, światła, chodnik, winda. 

nie trzeba wskakiwać do każdej kałuży. nie kupimy sajgonek. dobry był obiad w przedszkolu? teatrzyk był? fajnie.

i znów. czapki, szaliki, kurtki, buty. mycie rąk. przegryzka. tak, włączę bajkę. sama chętnie obejrzę.
18.00. TATA! w sumie nie wiem kto się bardziej cieszy :) teraz jest łatwiej. 
kąpiel, kolacja. T. pod pachę i do spania. 
po cichu, spokojnie, cycek, przytulanie, zasypia...

... moje "pięć minut". uwielbiam. nic nie muszę. po prostu leżę i słucham... 
... H. posprzątaj kredki, będzie kolacja. W. chodź do stołu. smacznego. nie gadajcie. nie stawaj na krześle. nie chcesz żółtego sera? przecież pytałem... a, miałeś na myśli biały? nie machaj rękami, bo wylejeszzz. no, widzisz... zjedliście? to do mycia. tak, nałożę pastę. kto wybiera bajkę? ile razy można o wężu?... dobranoc. już nie gadajcie. ostatnie pytanie. tak, dam łyka wody. dobranoc... dobranoc. DOBRANOC.

od dłuższego już czasu. bez umytych zębów, bez kolacji, bez zmiany ubrań. śpię. jeszcze zanim wszystek dobytku skończy dzień. bo jutro znów:

wstaję rano. ręka w rękę z T. zwiedzamy pomieszczenia...