jeżeli wierzyć w reinkarnację, to wiem skąd się biorą lamy.
dywany to trzęsawiska. parkiety - bajora.
sam nie znasz dnia ni godziny...
bierze się znikąd. jak z horrorów pośredniej klasy.
zachodzi od strony zada Ofiary i ocenia pole manewru. świdruje błyszczącą gałką, a napięcie trzęsie kącikiem czerwieni wargowej.
ofiara się zdecydowanie nie spodziewa.
zapatrzona w patologiczną rozrywkę naszego wieku, dopinguje majpony, dżordże czy inne kosmiczne majlse. w swej naiwności wybiera najprostszy dostęp do miejsc siedzących - poziom podłogi - i skupia wszelkie zmysły na odbiorze wesołych fal.
a przyszła lama, niczym niedoszły (a może przyszły?...) lampart, dopada cichcem w najmniej spodziewanym momencie.
wychyla się ruchem iście mickiewiczowskim ponad poziom sklepienia z przedziałkiem i z namaszczeniem wypluwa pełną miarkę skrupulatnie chomikowanej zawiesiny w centrum szwu strzałkowego.
następnie, by dopełnić obrządku, skrupulatnie wmasowuje fizjologiczne balsam w skalp (ku lepszemu porostowi zapewne) i niespiesznie oddala się w zacisze zapadniętej kanapy.
w spokoju i pewności siebie siła.
Ofiara regularnie orientuje się w tzw. PoNieWCzasie.
jeżeli w ogóle.
a zawsze mi się wydawało, że lamy są bardziej bezpośrednie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyjka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyjka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 czerwca 2015
czwartek, 14 maja 2015
na wieczną pamiątkę
stój, poczekaj, nie tak szybko...
nie skacz, nie tam i nie tak...
nie wchodź, nie wspinaj się, nie biegnij...
uważaj, bo spadniesz, bo ostre, bo twarde, bo...
z każdego zakamarka, zza rogu, zza drzwi zerka wielkimi oczami Pan Strach z Panią Wyobraźnią. szepczą na ucho, wytykają palcami i robią głośne "buuuu!".
oglądasz znane komody po raz setny, oceniasz kanty i wypukłości, gładkość powierzchni, wystające śruby. cały czas dowiadujesz się o nowych właściwościach starych piernatów oraz o nowych możliwościach własnych Dwukopytnych galopujących po stale zmniejszającej się powierzchni.
i oczy robią Ci się coraz większe.
aż w końcu nadchodzi taka chwila, że trafi do Ciebie, co "mówi się" w jakiejś tam bliżej nieokreślonej przestrzeni.
że niby nie ma co tak panikować. że dzieci, to jednak elastyczne stworzenia i muszą trochę poszaleć. trzeba dać im przestrzeń, możliwości. nie można tak ciągle biadolić i zwracać uwagę. czasem lepiej nie patrzeć, a przynajmniej przymknąć oko, ewentualnie ucho...
i przymykasz. na sekundę.
- maaaamaaaaaa!!! - w małej białej twarzy dwa stawy oczu - W. ma dziurę w głowie...
ze środka czoła z siłą rwącą pędzi czerwone pasmo i barwi koszulkę. "dziura w głowie, dziura w głowie, dziura w głowie..." - dudni w uszach pociąg. myśli.
zamrożone zwoje powoli się rozpędzają, impulsy zaczynają skakać między przypadkowymi komórkami i z zastygłego chaosu wydobywa się znajoma Pani Wyobraźnia podsycona obrazami z lat nauki. losowo, byle jak, bez namiastki logiki i prawdopodobieństwa pędzą na pomoc wszelkie możliwe Powikłania i Stany Nagłe z Przypadkami Szczególnymi.
ale nic to.
zszyte. opatrzone. pogłaskane.
i głowa. i nadgryzione nerwy.
gdzieś tam na wakacjach, niedziela oczywiście.
róg brodzika. dywanik łazienkowy.
o jeden podskok za dużo. o jeden ząb mniej, o jedną bliznę więcej.
i jeszcze jeden i jeszcze raz! w rytm przyśpiewki, a dlaczegóż by nie? kolejne skoki, przewroty, upadki, szycie.
kolejne potoki wsiąknięte w ręczniki, trwałe ślady dzieciństwa.
już trochę okrzepłaś i byle cięcie nie robi na Tobie wrażenia.
nauczyłaś się oddychać, wyłączać obrazki w głowie, masz utarte szlaki "na wypadek".
i ciągle się dziwisz, że jednak dzieci przeżywają dzieciństwo.
że sama przeżyłaś swoje.
i patrzysz na własne blizny już całkiem inaczej.
nie skacz, nie tam i nie tak...
nie wchodź, nie wspinaj się, nie biegnij...
uważaj, bo spadniesz, bo ostre, bo twarde, bo...
z każdego zakamarka, zza rogu, zza drzwi zerka wielkimi oczami Pan Strach z Panią Wyobraźnią. szepczą na ucho, wytykają palcami i robią głośne "buuuu!".
oglądasz znane komody po raz setny, oceniasz kanty i wypukłości, gładkość powierzchni, wystające śruby. cały czas dowiadujesz się o nowych właściwościach starych piernatów oraz o nowych możliwościach własnych Dwukopytnych galopujących po stale zmniejszającej się powierzchni.
i oczy robią Ci się coraz większe.
aż w końcu nadchodzi taka chwila, że trafi do Ciebie, co "mówi się" w jakiejś tam bliżej nieokreślonej przestrzeni.
że niby nie ma co tak panikować. że dzieci, to jednak elastyczne stworzenia i muszą trochę poszaleć. trzeba dać im przestrzeń, możliwości. nie można tak ciągle biadolić i zwracać uwagę. czasem lepiej nie patrzeć, a przynajmniej przymknąć oko, ewentualnie ucho...
i przymykasz. na sekundę.
- maaaamaaaaaa!!! - w małej białej twarzy dwa stawy oczu - W. ma dziurę w głowie...
ze środka czoła z siłą rwącą pędzi czerwone pasmo i barwi koszulkę. "dziura w głowie, dziura w głowie, dziura w głowie..." - dudni w uszach pociąg. myśli.
zamrożone zwoje powoli się rozpędzają, impulsy zaczynają skakać między przypadkowymi komórkami i z zastygłego chaosu wydobywa się znajoma Pani Wyobraźnia podsycona obrazami z lat nauki. losowo, byle jak, bez namiastki logiki i prawdopodobieństwa pędzą na pomoc wszelkie możliwe Powikłania i Stany Nagłe z Przypadkami Szczególnymi.
ale nic to.
zszyte. opatrzone. pogłaskane.
i głowa. i nadgryzione nerwy.
gdzieś tam na wakacjach, niedziela oczywiście.
róg brodzika. dywanik łazienkowy.
o jeden podskok za dużo. o jeden ząb mniej, o jedną bliznę więcej.
i jeszcze jeden i jeszcze raz! w rytm przyśpiewki, a dlaczegóż by nie? kolejne skoki, przewroty, upadki, szycie.
kolejne potoki wsiąknięte w ręczniki, trwałe ślady dzieciństwa.
już trochę okrzepłaś i byle cięcie nie robi na Tobie wrażenia.
nauczyłaś się oddychać, wyłączać obrazki w głowie, masz utarte szlaki "na wypadek".
i ciągle się dziwisz, że jednak dzieci przeżywają dzieciństwo.
że sama przeżyłaś swoje.
i patrzysz na własne blizny już całkiem inaczej.
środa, 18 marca 2015
brzechwa
jadam czekoladę mleczną ze słonymi paluszkami. i chleb z musztardą.
mam Święty Czas Kawy, która nie może być "na sucho", jak powiada Tata. obowiązkowo trzeba ją zagryźć glukozą z węglowodanem.
czytam tylko jedną książkę na raz.
wybieram ją czasem i kilka tygodni, bo wiem, że dopiero po ostatniej stronie będę zdatna do spożycia w towarzystwie.
szorstkie, przesuszone strony z żółtaczką, wertowane kilka dekad temu, mają dla mnie coś pociągającego. i nie jest to zatęchły, grzybiczy zapach. w strukturze papieru przykucają artefakty, grubsze włókna, "pieprzyki", które z zacięciem osobowości anankastycznej pieczołowicie wydłubuję obgryzionym paznokciem.
czytam, idąc na przystanek, bo w autobusie już nie mogę.
kilka razy uderzyłam już w słupek znaku drogowego.
kiedy sprzątam, zaczynam od szczegółów - szczoteczki do zębów wybielającej fugi. przygnębiających konstrukcji XXL staram się nie zauważać.
nie cierpię cerować.
mam w kolejce klientelę od roku. i ciągle liczę na ekspresowy naturalny rozpad materiału. jak dotąd nadaremnie.
mam słabość do planów. z wykonawstwem zawsze było gorzej.
ale odwiedziłam już niejeden zakątek tego świata w ten sposób i biegła jestem w niejednym hendmejdzie.
nie lubię pogadanek na tematy oczywiste i pytań retorycznych. dostaję wysypki z napadem wścieklizny wewnętrznej przy swądku "romantycznych" i "uduchowionych" ciągot rozmówców.
działam jak TVN. lubię fakty. i proste zdania.
głupio suszę zęby do wszystkiego.
asertywność to dla mnie słowo w języku UFO. to samo ma się ze zdrowym dystansem, obiektywizmem i rozwagą w słowach.
ciągle mi się "chce". tak ogólnie.
z tego wnioskuję, że jeszcze dycham.
...jestem mądra, jestem zgrabna, wiotka, słodka i powabna...
małe anomalie przyrody.
przyglądam się sobie z rozdziawioną gębą.
ile to człowieka kosztuje wysiłku i ile lat trzeba przedreptać, żeby dowiedzieć się o sobie tak prostych rzeczy.
mam Święty Czas Kawy, która nie może być "na sucho", jak powiada Tata. obowiązkowo trzeba ją zagryźć glukozą z węglowodanem.
czytam tylko jedną książkę na raz.
wybieram ją czasem i kilka tygodni, bo wiem, że dopiero po ostatniej stronie będę zdatna do spożycia w towarzystwie.
szorstkie, przesuszone strony z żółtaczką, wertowane kilka dekad temu, mają dla mnie coś pociągającego. i nie jest to zatęchły, grzybiczy zapach. w strukturze papieru przykucają artefakty, grubsze włókna, "pieprzyki", które z zacięciem osobowości anankastycznej pieczołowicie wydłubuję obgryzionym paznokciem.
czytam, idąc na przystanek, bo w autobusie już nie mogę.
kilka razy uderzyłam już w słupek znaku drogowego.
kiedy sprzątam, zaczynam od szczegółów - szczoteczki do zębów wybielającej fugi. przygnębiających konstrukcji XXL staram się nie zauważać.
nie cierpię cerować.
mam w kolejce klientelę od roku. i ciągle liczę na ekspresowy naturalny rozpad materiału. jak dotąd nadaremnie.
mam słabość do planów. z wykonawstwem zawsze było gorzej.
ale odwiedziłam już niejeden zakątek tego świata w ten sposób i biegła jestem w niejednym hendmejdzie.
nie lubię pogadanek na tematy oczywiste i pytań retorycznych. dostaję wysypki z napadem wścieklizny wewnętrznej przy swądku "romantycznych" i "uduchowionych" ciągot rozmówców.
działam jak TVN. lubię fakty. i proste zdania.
głupio suszę zęby do wszystkiego.
asertywność to dla mnie słowo w języku UFO. to samo ma się ze zdrowym dystansem, obiektywizmem i rozwagą w słowach.
ciągle mi się "chce". tak ogólnie.
z tego wnioskuję, że jeszcze dycham.
...jestem mądra, jestem zgrabna, wiotka, słodka i powabna...
małe anomalie przyrody.
przyglądam się sobie z rozdziawioną gębą.
ile to człowieka kosztuje wysiłku i ile lat trzeba przedreptać, żeby dowiedzieć się o sobie tak prostych rzeczy.
czwartek, 5 lutego 2015
plasterki
to był piękny rok. ostatni. szósty.
koniec etapu tak długiego, że zabrakło mi nadziei na hepi end. a jednak.
życie pełne jest niespodzianek...
rok wart zapamiętania.
wprawdzie nie porażałam wiedzą i równowagą emocjonalną na egzaminach, ale jednak parłam dziarsko. jak przy porodzie. byle do końca, jeszcze tylko raz i drugi i będzie po wszystkim.
to nic, że ósme poty, że sińce z dołami, że poczucie niemożliwego, że ból egzystencjalny wszelkich wypustek rozlazłego organizmu. przecież już cofnąć się nie da.
więc dotarłam. doparłam. i dali mi zaproszenie, bym odebrała moje dziecko - Dyplom - z Rąk Zacnych. 10 w skali Apgar.
i był to grudzień AD 2012, a ja zażywałam drugiej strony barykady z wysłużonym L4 oraz wybujałym profilem dziewiątego miesiąca. i zaciskałam kciuki, krzyżowałam palce, chuchałam na śniegowe trawniki i kwiatki Dziadka Mroza - oby tylko nie powić przed Wręczeniem z owych Rąk małej książeczki ze zdjęciem opuchniętej i nafaszerowanej hormonami Absolwentki.
nic się nie liczyło.
pożyczona bardzo elastyczna i za krótka kieca.
obcas za wysoki, ale tylko taki pasował.
temperatura, w której niedogolone włoski przymarzały do rajstop.
miejsce na parkingu kilka przecznic za daleko.
setki twarzy, setki oczu, zdawkowe słowa i sztywność karków.
płynęłam na fali spełniającego się marzenia. tego, co to zawsze wydawało się nierealną mrzonką zakompleksiałego umysłu. płynęłam przez zamarznięte kałuże, z podporą Jedynego Pewnego Ramienia, wśród wróbli szukających okruszków. i byłam taka dumna. taka spełniona i spełniająca się. pewna nieograniczonych możliwości, jak Kate Winslet na dziobie Topielca.
teraz miał iść nasz rządek. gęsiego, dziarsko, pierś do przodu, broda wzwyż. po parkiecie na scenę. (płynę, trochę się wspieram na ramieniu znajomego - nieznajomego. trochę chyba ślisko. i te schodki takie strome... ale co tam, płynę przecież...).
w rządku. uścisk Zacnych Rąk. banan najbardziej dojrzały, na jaki można sobie pozwolić. klepu klep po Dziewiątym Miesiącu. haha, zapraszamy do Kliniki. niech nam płodzi młody lekarz, haha. doskonale. (no, to jeszcze raz te schodki i już. cudownie. mam, trzymam dowód końca kieratu lat wielu. o, już widzę krzesełko...).
wielkie !ŁUP! wstrząsnęło klepkami historycznego parkietu.
wieloryba wyrzuciła siła odśrodkowa: płetwy do góry i zwinny szpagat i trochę na pingwina i trochę na kołyskę. zafalowało wkoło od 10 w skali Beauforta.
- lekarza! niech ktoś wezwie lekarza! - zagrzmiała z balkonu pewna delikatniejsza dama nie z branży.
ponoć z wysoka upadki bardziej bolą. kilka plastrów na pewnych poczuciach jeszcze nie chce się oderwać.
co ja mówiłam?... a. życie jest pełne niespodzianek.
koniec etapu tak długiego, że zabrakło mi nadziei na hepi end. a jednak.
życie pełne jest niespodzianek...
rok wart zapamiętania.
wprawdzie nie porażałam wiedzą i równowagą emocjonalną na egzaminach, ale jednak parłam dziarsko. jak przy porodzie. byle do końca, jeszcze tylko raz i drugi i będzie po wszystkim.
to nic, że ósme poty, że sińce z dołami, że poczucie niemożliwego, że ból egzystencjalny wszelkich wypustek rozlazłego organizmu. przecież już cofnąć się nie da.
więc dotarłam. doparłam. i dali mi zaproszenie, bym odebrała moje dziecko - Dyplom - z Rąk Zacnych. 10 w skali Apgar.
i był to grudzień AD 2012, a ja zażywałam drugiej strony barykady z wysłużonym L4 oraz wybujałym profilem dziewiątego miesiąca. i zaciskałam kciuki, krzyżowałam palce, chuchałam na śniegowe trawniki i kwiatki Dziadka Mroza - oby tylko nie powić przed Wręczeniem z owych Rąk małej książeczki ze zdjęciem opuchniętej i nafaszerowanej hormonami Absolwentki.
nic się nie liczyło.
pożyczona bardzo elastyczna i za krótka kieca.
obcas za wysoki, ale tylko taki pasował.
temperatura, w której niedogolone włoski przymarzały do rajstop.
miejsce na parkingu kilka przecznic za daleko.
setki twarzy, setki oczu, zdawkowe słowa i sztywność karków.
płynęłam na fali spełniającego się marzenia. tego, co to zawsze wydawało się nierealną mrzonką zakompleksiałego umysłu. płynęłam przez zamarznięte kałuże, z podporą Jedynego Pewnego Ramienia, wśród wróbli szukających okruszków. i byłam taka dumna. taka spełniona i spełniająca się. pewna nieograniczonych możliwości, jak Kate Winslet na dziobie Topielca.
teraz miał iść nasz rządek. gęsiego, dziarsko, pierś do przodu, broda wzwyż. po parkiecie na scenę. (płynę, trochę się wspieram na ramieniu znajomego - nieznajomego. trochę chyba ślisko. i te schodki takie strome... ale co tam, płynę przecież...).
w rządku. uścisk Zacnych Rąk. banan najbardziej dojrzały, na jaki można sobie pozwolić. klepu klep po Dziewiątym Miesiącu. haha, zapraszamy do Kliniki. niech nam płodzi młody lekarz, haha. doskonale. (no, to jeszcze raz te schodki i już. cudownie. mam, trzymam dowód końca kieratu lat wielu. o, już widzę krzesełko...).
wielkie !ŁUP! wstrząsnęło klepkami historycznego parkietu.
wieloryba wyrzuciła siła odśrodkowa: płetwy do góry i zwinny szpagat i trochę na pingwina i trochę na kołyskę. zafalowało wkoło od 10 w skali Beauforta.
- lekarza! niech ktoś wezwie lekarza! - zagrzmiała z balkonu pewna delikatniejsza dama nie z branży.
ponoć z wysoka upadki bardziej bolą. kilka plastrów na pewnych poczuciach jeszcze nie chce się oderwać.
co ja mówiłam?... a. życie jest pełne niespodzianek.
HAPPY END
sobota, 27 grudnia 2014
na tropie
węszę.
piernik, sernik, cynamon, kardamon.
trochę krzywy świerk.
z nosem w talerzu. w kieliszku. w garnku. w kołnierzu koszuli.
w tym roku brak mandarynek. wyczułam z daleka.
brakło śniegu w tym roku. jak co roku.
już zapomniałam, że bywało. że zaspy, że odśnieżanie, że na poliku i na rzęsach. cholerny tusz. zapomniałam, że nauczyłam się mrugać tak, aby nie zostawały czarne pręgi.
zapomniałam, że psy się wtedy cieszą. skaczą mokrym, zwalistym futrem na cienkie rajstopy i czystą kurtkę.
ale już biało. już dobrze.
szpieguję.
stara gwiazda na czubku z odpadającym sreberkiem. rodzice robili, z opakowań po czekoladach. przyczepiłam na słowo honoru.
może nie jest z nim jeszcze najgorzej... może jeszcze w tym roku wytrzyma...
odprysk kupnego lukru na brązowym pękniętym kafelku. igły w skarpetkach. plastelina na podeszwach. już kolorowy biały obrus.
podsłuchuję.
skrzypnięcia na schodach.
za głośne szepty pod choinką - a mówiłem Ci, że przyjdzie wieczorem!
fałszywe nuty pod nosem przy kuchence. i te głośne przy nalewce. jak co roku nowe słowa starych kolęd. nowe głosy przy starych kolędach.
kłótnie o większy budyń i mniejszą zupę. o prawo głosu przy śniadaniu.
znów się dzieje.
szukam dziury w całym, bo dziury są ciekawsze.
... a tu nudy...
piernik, sernik, cynamon, kardamon.
trochę krzywy świerk.
z nosem w talerzu. w kieliszku. w garnku. w kołnierzu koszuli.
w tym roku brak mandarynek. wyczułam z daleka.
brakło śniegu w tym roku. jak co roku.
już zapomniałam, że bywało. że zaspy, że odśnieżanie, że na poliku i na rzęsach. cholerny tusz. zapomniałam, że nauczyłam się mrugać tak, aby nie zostawały czarne pręgi.
zapomniałam, że psy się wtedy cieszą. skaczą mokrym, zwalistym futrem na cienkie rajstopy i czystą kurtkę.
ale już biało. już dobrze.
szpieguję.
stara gwiazda na czubku z odpadającym sreberkiem. rodzice robili, z opakowań po czekoladach. przyczepiłam na słowo honoru.
może nie jest z nim jeszcze najgorzej... może jeszcze w tym roku wytrzyma...
odprysk kupnego lukru na brązowym pękniętym kafelku. igły w skarpetkach. plastelina na podeszwach. już kolorowy biały obrus.
podsłuchuję.
skrzypnięcia na schodach.
za głośne szepty pod choinką - a mówiłem Ci, że przyjdzie wieczorem!
fałszywe nuty pod nosem przy kuchence. i te głośne przy nalewce. jak co roku nowe słowa starych kolęd. nowe głosy przy starych kolędach.
kłótnie o większy budyń i mniejszą zupę. o prawo głosu przy śniadaniu.
znów się dzieje.
szukam dziury w całym, bo dziury są ciekawsze.
... a tu nudy...
sobota, 13 grudnia 2014
groszek
nie lubię Cię.
przykro mi. trochę.
podchodzisz do mnie w tłumie, uśmiechasz się, oczy Ci błyszczą. mówisz coś takim przyjemnie ciepłym głosem. żartujesz. śmieję się, bo to rzeczywiście zabawne. miło mi, że mnie wyłuskałaś.
a potem zbliżasz swoją twarz do twarzy mojego dziecka. za blisko. i pytasz ile ma lat, za chwilę sama udzielając sobie odpowiedzi.
patrzysz długo. za długo. przesuwasz sondę od kilku blond nitek i lepkiego policzka, przez plamę po sałatce, do zielonej plasteliny za paznokciem.
i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.
znajdujesz mnie pod stosem kurtek, które próbuję, ciągle jeszcze trochę niezdarnie, poupychać na plecach właścicieli. i informujesz mnie, że "nakrzyczałaś" na mojego męża, bo za ciepło ubrał moje dzieci.
sama je ubieram.
nie lubię Cię.
czekasz, aż skończę serię pytań i odpowiedzi z Przedszkolną Władzą. i ciskasz własną serią. gdziedoszkołyczyteżnaolipiadęatańcetokiedyczyjużczytamożemnoży... gratulujesz mi osiągnięć przedszkolnych. a ja ciągle czekam na pytanie o IQ w kolejności rosnącej.
nie lubię Cię.
nie wiesz kim jestem, nazywasz mnie Tą Od Bliźniaków, Tą Z Trójką. bez wózka mnie nie rozpoznajesz. chcesz wiedzieć, czy będę mieć czwarte. czy pracuję. dlaczego jestem taka chuda. który wózek, śliniak, jaki tort na urodziny pierwsze i jaka zabawka na Gwiazdkę.
masz wiedzę omnibusa i częstujesz mnie tym słodko - gorzko - kwaśnym uśmiechem.
nie lubię Cię.
popychasz moje dziecko w kierunku ławki. nie pytasz, czy słyszało. nerwy puszczają Ci pod koniec dnia i nie masz cierpliwości. i popychasz moje dziecko.
potem stajesz w ramce z futryny i mówisz Dzień Dobry Do Widzenia. i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.
nie lubię Cię.
za bardzo uświadamiasz mi, jak naiwną jeszcze jestem dziewczynką. nigdy nie znajduję szybkiej Ciętej Riposty; oczy, jak zajączki, stają słupka, a moje IQ bawi się teraz ze mną w chowanego.
uśmiecham się. przykrywam lukrem błyszczyka niesmak i niemoc.
przykro mi. trochę.
przykro mi. trochę.
podchodzisz do mnie w tłumie, uśmiechasz się, oczy Ci błyszczą. mówisz coś takim przyjemnie ciepłym głosem. żartujesz. śmieję się, bo to rzeczywiście zabawne. miło mi, że mnie wyłuskałaś.
a potem zbliżasz swoją twarz do twarzy mojego dziecka. za blisko. i pytasz ile ma lat, za chwilę sama udzielając sobie odpowiedzi.
patrzysz długo. za długo. przesuwasz sondę od kilku blond nitek i lepkiego policzka, przez plamę po sałatce, do zielonej plasteliny za paznokciem.
i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.
znajdujesz mnie pod stosem kurtek, które próbuję, ciągle jeszcze trochę niezdarnie, poupychać na plecach właścicieli. i informujesz mnie, że "nakrzyczałaś" na mojego męża, bo za ciepło ubrał moje dzieci.
sama je ubieram.
nie lubię Cię.
czekasz, aż skończę serię pytań i odpowiedzi z Przedszkolną Władzą. i ciskasz własną serią. gdziedoszkołyczyteżnaolipiadęatańcetokiedyczyjużczytamożemnoży... gratulujesz mi osiągnięć przedszkolnych. a ja ciągle czekam na pytanie o IQ w kolejności rosnącej.
nie lubię Cię.
nie wiesz kim jestem, nazywasz mnie Tą Od Bliźniaków, Tą Z Trójką. bez wózka mnie nie rozpoznajesz. chcesz wiedzieć, czy będę mieć czwarte. czy pracuję. dlaczego jestem taka chuda. który wózek, śliniak, jaki tort na urodziny pierwsze i jaka zabawka na Gwiazdkę.
masz wiedzę omnibusa i częstujesz mnie tym słodko - gorzko - kwaśnym uśmiechem.
nie lubię Cię.
popychasz moje dziecko w kierunku ławki. nie pytasz, czy słyszało. nerwy puszczają Ci pod koniec dnia i nie masz cierpliwości. i popychasz moje dziecko.
potem stajesz w ramce z futryny i mówisz Dzień Dobry Do Widzenia. i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.
nie lubię Cię.
za bardzo uświadamiasz mi, jak naiwną jeszcze jestem dziewczynką. nigdy nie znajduję szybkiej Ciętej Riposty; oczy, jak zajączki, stają słupka, a moje IQ bawi się teraz ze mną w chowanego.
uśmiecham się. przykrywam lukrem błyszczyka niesmak i niemoc.
przykro mi. trochę.
czwartek, 23 października 2014
dziewczynka
a było tak.
dawno, dawno temu, w innej czasoprzestrzeni, za borami, strumykami i z wieloma marzeniami żyła sobie całkiem obca dziewczynka.
całkiem obca była głównie sobie i pewnie Król i Królowa znali ją lepiej niż ona sama siebie.
a może wcale nie.
dziewczynka głowę miała zupełnie nieadekwatnie powiązaną z resztą anatomii i wrażenie, że nikt jej nie rozumie i nie kocha i że w ogóle. pływała sobie po różnych kałużach, człapała wespół w zespół z różnymi istotami świata równoległego jej bez specjalnej nadziei, że grom z nieba ją przydybie i oto stanie się Dziewczynką Adekwatną Do Sytuacji i Powiązaną Z Resztą Anatomii.
bez konkretów pod pasmami blond, za to z masą kajmakową różowo- błękitnych marzeń i wyobrażeń rzucało nią to tu, to tam. w przypływie nagłych natchnień z wewnątrz oraz zewnątrz dokonywała kolejnych wyborów. o dziwo, świadczących o zmyśle praktycznym!
któregoś dnia dziewczynka spotkała na mrocznej ścieżce światełko w tunelu, które okazało się być swoistym Rycerzem pomostującym kontakt ze Światem Równoległym. dziewczynka stawała się coraz bardziej adekwatna.
innego dnia okazało się, że chaos dziewczynki został zepchnięty na pobocze, a w Jedynej Właściwej Czasoprzestrzeni pojawiły się dodatkowe światełka. wszystko tak pięknie błyszczało wokół, że dziewczynka zapomniała na jakiś czas o tym, jak bardzo kiedyś była nieadekwatna.
i w końcu jeszcze innego dnia, zainspirowana pewnym brudnoczerwonym liściem spływającym z pewnego dojrzałego, pomarszczonego drzewa, udała się w zakamarki retrospekcji.
i przydybał ją grom z nieba.
i stała się Dziewczynką Adekwatną.
bo zdała sobie sprawę z tego, że jej wychuchana masa kajmakowa przeterminowała się już w dużej części. tej znaczącej.
a oddała to tak całkiem bez wysiłku.
rażona jasnością i logiką uświadomiła sobie, że jednak nie żałuje. że można by to nazwać poświęceniem, gdyby w tym czasie wiedziała, jaką monetą przychodzi jej płacić za tylko jedną z łyżeczek kajmaku. i już teraz wie, że czasem za jedno różowe marzenie trzeba płacić tuzinem błękitnych, żeby nie zgubić sensu wybranego różu.
i jakoś jej to bardzo nie przeszkadza.
ale.
ale teraz już wie na pewno, że jest Bardzo Adekwatną Dziewczynką. trochę podobną do drzewa o brudnoczerwonych liściach.
dawno, dawno temu, w innej czasoprzestrzeni, za borami, strumykami i z wieloma marzeniami żyła sobie całkiem obca dziewczynka.
całkiem obca była głównie sobie i pewnie Król i Królowa znali ją lepiej niż ona sama siebie.
a może wcale nie.
dziewczynka głowę miała zupełnie nieadekwatnie powiązaną z resztą anatomii i wrażenie, że nikt jej nie rozumie i nie kocha i że w ogóle. pływała sobie po różnych kałużach, człapała wespół w zespół z różnymi istotami świata równoległego jej bez specjalnej nadziei, że grom z nieba ją przydybie i oto stanie się Dziewczynką Adekwatną Do Sytuacji i Powiązaną Z Resztą Anatomii.
bez konkretów pod pasmami blond, za to z masą kajmakową różowo- błękitnych marzeń i wyobrażeń rzucało nią to tu, to tam. w przypływie nagłych natchnień z wewnątrz oraz zewnątrz dokonywała kolejnych wyborów. o dziwo, świadczących o zmyśle praktycznym!
któregoś dnia dziewczynka spotkała na mrocznej ścieżce światełko w tunelu, które okazało się być swoistym Rycerzem pomostującym kontakt ze Światem Równoległym. dziewczynka stawała się coraz bardziej adekwatna.
innego dnia okazało się, że chaos dziewczynki został zepchnięty na pobocze, a w Jedynej Właściwej Czasoprzestrzeni pojawiły się dodatkowe światełka. wszystko tak pięknie błyszczało wokół, że dziewczynka zapomniała na jakiś czas o tym, jak bardzo kiedyś była nieadekwatna.
i w końcu jeszcze innego dnia, zainspirowana pewnym brudnoczerwonym liściem spływającym z pewnego dojrzałego, pomarszczonego drzewa, udała się w zakamarki retrospekcji.
i przydybał ją grom z nieba.
i stała się Dziewczynką Adekwatną.
bo zdała sobie sprawę z tego, że jej wychuchana masa kajmakowa przeterminowała się już w dużej części. tej znaczącej.
a oddała to tak całkiem bez wysiłku.
rażona jasnością i logiką uświadomiła sobie, że jednak nie żałuje. że można by to nazwać poświęceniem, gdyby w tym czasie wiedziała, jaką monetą przychodzi jej płacić za tylko jedną z łyżeczek kajmaku. i już teraz wie, że czasem za jedno różowe marzenie trzeba płacić tuzinem błękitnych, żeby nie zgubić sensu wybranego różu.
i jakoś jej to bardzo nie przeszkadza.
ale.
ale teraz już wie na pewno, że jest Bardzo Adekwatną Dziewczynką. trochę podobną do drzewa o brudnoczerwonych liściach.
środa, 8 października 2014
kiedyś
zawsze lubiłam dzieci.
ale chyba coś mi się stało...
szła na zajęcia. wysoka blondynka, może chwilę starsza. a może przez ten wzrost dodałam jej powagi.
była już tu wcześniej, więc chętnie pokazała gdzie szatnia, sala, omówiła metody płatności i uraczyła refleksją o kadrze. miła, wesoła, bez barier komunikacyjnych, niedomówień.
łatwo ją było lubić.
kiedyś chętnie bym podtrzymała kontakt.
ale...
szła na zajęcia z synem. całkiem sympatycznym, ruchliwym chłopcem.
kiedyś chętnie poszłabym z nimi na kawę i miałabym nawet frajdę z pogaduszek z małoletnim człowiekiem.
ale...
chyba coś mi się stało.
chyba już nie lubię dzieci. innych.
przeraża mnie myśl o kawie z czwartym dwunożnym krzykaczem. przeraża mnie perspektywa pogawędki pomiędzy kredkami i setną łódeczką origami.
zaszywam się w swoich dziwactwach na uboczach.
ale chyba coś mi się stało...
szła na zajęcia. wysoka blondynka, może chwilę starsza. a może przez ten wzrost dodałam jej powagi.
była już tu wcześniej, więc chętnie pokazała gdzie szatnia, sala, omówiła metody płatności i uraczyła refleksją o kadrze. miła, wesoła, bez barier komunikacyjnych, niedomówień.
łatwo ją było lubić.
kiedyś chętnie bym podtrzymała kontakt.
ale...
szła na zajęcia z synem. całkiem sympatycznym, ruchliwym chłopcem.
kiedyś chętnie poszłabym z nimi na kawę i miałabym nawet frajdę z pogaduszek z małoletnim człowiekiem.
ale...
chyba coś mi się stało.
chyba już nie lubię dzieci. innych.
przeraża mnie myśl o kawie z czwartym dwunożnym krzykaczem. przeraża mnie perspektywa pogawędki pomiędzy kredkami i setną łódeczką origami.
zaszywam się w swoich dziwactwach na uboczach.
środa, 23 lipca 2014
prezent
trzask.
sandał w półbiegu. torebka uchyla paszczę ze zdziwienia, opluwając się kluczami i drobnymi. klamka z głuchym łoskotem zapadła. się.
tylko zielone cztery kółka z napędem na dwie nogi z wyrzutem sypią resztkami piasku i herbatnika.
stało się. trzask. ślepej kurze ziarno.
pędzę. trochę z powodu czasowych zobowiązań. głównie z przyzwyczajenia. wsiadam w tramwaj na gapę, bo goni mnie przeciągłe, przygłuszone drzwiami i pancernym wyrzutem sumienia zawodzenie i chlipanie. pędzę.
zamykam za sobą drzwi. takie duże, szklane, które zawsze sprowadzają mnie do poziomu Dawida co z Goliatem. zatapiam się w luksusie niepoplamionych obić, błyszczących kranów, pachnących kawą i kadzidłem korytarzyków. uśmiechy ani mnie ziębią ani parzą... w sumie wszystko mi jedno. jedyne, o co mam zamiar drapać pazurami, to absolutne minimum słownego przekazu. jak w dzieciństwie: usta na kluczyk. ciiiii...
po czasie zdecydowanie za krótkim wiem, że będę tęsknić do chłodu miejsc obróbki zewnętrznej mojego środka.
mój dzień. mój ci on. i jeszcze nie koniec z nim.
... ciąg dalszy...
czarno wszędzie. głucho wszędzie.
popcorn będzie. i woda. i animowane przedstawienie dla dużych. dziś mam wolne od podejmowania decyzji. idę w wir tego, co kuchnia dała. a dała znakomicie.
więc jest znakomicie.
nic mi nie obija łydek. no, torebka może trochę zaburza moje poczucie równowagi swoją niezbyt słuszną posturą, a dłonie może rzeczywiście przejawiają drobne syndromy odstawienia nie mogąc znaleźć sobie punktu zaczepienia w mniejszej dłoni. spaceruję zdziwiona jak wiele rzeczy już mnie nie rusza... chyba urosłam.
idę.
wracam.
im bliżej, tym bardziej wyciągam nogi. za chwilę będę znowu pędzić. tylko tym razem niesie mnie samo do tego zielonego z wyrzutem sypiącego piaskiem i herbatnikiem przed wejściem.
wracam wcześniej. a myślałam, że dam radę... że mnie nie pociśnie po "instynkcie macierzyńskim" (fuj!).
pewnie kiedyś dam. poczekam sobie spokojnie.
sandał w półbiegu. torebka uchyla paszczę ze zdziwienia, opluwając się kluczami i drobnymi. klamka z głuchym łoskotem zapadła. się.
tylko zielone cztery kółka z napędem na dwie nogi z wyrzutem sypią resztkami piasku i herbatnika.
stało się. trzask. ślepej kurze ziarno.
pędzę. trochę z powodu czasowych zobowiązań. głównie z przyzwyczajenia. wsiadam w tramwaj na gapę, bo goni mnie przeciągłe, przygłuszone drzwiami i pancernym wyrzutem sumienia zawodzenie i chlipanie. pędzę.
zamykam za sobą drzwi. takie duże, szklane, które zawsze sprowadzają mnie do poziomu Dawida co z Goliatem. zatapiam się w luksusie niepoplamionych obić, błyszczących kranów, pachnących kawą i kadzidłem korytarzyków. uśmiechy ani mnie ziębią ani parzą... w sumie wszystko mi jedno. jedyne, o co mam zamiar drapać pazurami, to absolutne minimum słownego przekazu. jak w dzieciństwie: usta na kluczyk. ciiiii...
po czasie zdecydowanie za krótkim wiem, że będę tęsknić do chłodu miejsc obróbki zewnętrznej mojego środka.
mój dzień. mój ci on. i jeszcze nie koniec z nim.
... ciąg dalszy...
czarno wszędzie. głucho wszędzie.
popcorn będzie. i woda. i animowane przedstawienie dla dużych. dziś mam wolne od podejmowania decyzji. idę w wir tego, co kuchnia dała. a dała znakomicie.
więc jest znakomicie.
nic mi nie obija łydek. no, torebka może trochę zaburza moje poczucie równowagi swoją niezbyt słuszną posturą, a dłonie może rzeczywiście przejawiają drobne syndromy odstawienia nie mogąc znaleźć sobie punktu zaczepienia w mniejszej dłoni. spaceruję zdziwiona jak wiele rzeczy już mnie nie rusza... chyba urosłam.
idę.
wracam.
im bliżej, tym bardziej wyciągam nogi. za chwilę będę znowu pędzić. tylko tym razem niesie mnie samo do tego zielonego z wyrzutem sypiącego piaskiem i herbatnikiem przed wejściem.
wracam wcześniej. a myślałam, że dam radę... że mnie nie pociśnie po "instynkcie macierzyńskim" (fuj!).
pewnie kiedyś dam. poczekam sobie spokojnie.
środa, 16 lipca 2014
rozmówki podróżne cz. 1
- wie Pani, tu na plebanii to Niemcy mieli swój garnizon. Przyszli i zajęli. Ludzie po chałupach siedzieli, wielu wygnali...
aż w czterdziestym czwartym do okopów nas wzięli. Wszędzie tu kopaliśmy... Ale Ruskie wzięli ich z dwóch stron. Żaden się nie ostał. Jeszcze samolotami na nich z góry... Żaden się nie ostał...
...
a mnie wzięli tu, za tę plebanię... Niecałe czternaście lat miałem... Mnie z innymi wzięli. Pod mur. Ostatni w kolejce byłem... I kuli na mnie zabrakło. To mnie kijami zbili... Miesiąc się po lasach chowałem, w stogach spałem...
- a dziadka Twojego, jak miał może dwanaście albo czternaście lat, wzięli ze wsi do odstrzału ze wszystkimi mężczyznami. Przez pole ich pędzili...
i ten Niemiec go oszczędził... Jedynego. Może dlatego, że był najmłodszy?... Dziadek się potknął i upadł, a on machnął ręką i poszedł dalej.
Reszta już nie wróciła...
- Antoś to się wojny strasznie bał. I jak nas wypędzali, bo Niemcy szli z frontem, to on uciekł. Myślał, że u babci wojny nie będzie...
dziesięć lat miał może...
Dobiegł do wsi babci, ale ich też już wypędzili. Ktoś mu powiedział, gdzie poszli i ją znalazł w końcu. Tyle kilometrów...
Ale myśmy nie wiedzieli. Mama płakała... Dopiero po roku się odnalazł. Co to za radość była...
- Ruskie to brudne byli. Bo i biedni. Śmierdziało... Zarośnięci... Nie to, co Niemcy. Ci to zawsze ogoleni. Choćby pod ostrzałem od wielu dni.
ale Ruskie dzieciom zawsze jeść dali.
myśmy mieli tylko pomidory. A oni gotowali ziemniaki z konserwą. Amerykańską. Jakie to było dobre... Może jeszcze kiedyś zrobię... Jak taką konserwę znajdę...
dali mi raz chleb. A tu nalot miał być. Uciekaliśmy do kręgów w rowie i ten chleb musiałam zostawić, bo się nie mieściłam z nim...
(wakacje z rodziną- niewyczerpane źródło wiedzy...)
aż w czterdziestym czwartym do okopów nas wzięli. Wszędzie tu kopaliśmy... Ale Ruskie wzięli ich z dwóch stron. Żaden się nie ostał. Jeszcze samolotami na nich z góry... Żaden się nie ostał...
...
a mnie wzięli tu, za tę plebanię... Niecałe czternaście lat miałem... Mnie z innymi wzięli. Pod mur. Ostatni w kolejce byłem... I kuli na mnie zabrakło. To mnie kijami zbili... Miesiąc się po lasach chowałem, w stogach spałem...
- a dziadka Twojego, jak miał może dwanaście albo czternaście lat, wzięli ze wsi do odstrzału ze wszystkimi mężczyznami. Przez pole ich pędzili...
i ten Niemiec go oszczędził... Jedynego. Może dlatego, że był najmłodszy?... Dziadek się potknął i upadł, a on machnął ręką i poszedł dalej.
Reszta już nie wróciła...
- Antoś to się wojny strasznie bał. I jak nas wypędzali, bo Niemcy szli z frontem, to on uciekł. Myślał, że u babci wojny nie będzie...
dziesięć lat miał może...
Dobiegł do wsi babci, ale ich też już wypędzili. Ktoś mu powiedział, gdzie poszli i ją znalazł w końcu. Tyle kilometrów...
Ale myśmy nie wiedzieli. Mama płakała... Dopiero po roku się odnalazł. Co to za radość była...
- Ruskie to brudne byli. Bo i biedni. Śmierdziało... Zarośnięci... Nie to, co Niemcy. Ci to zawsze ogoleni. Choćby pod ostrzałem od wielu dni.
ale Ruskie dzieciom zawsze jeść dali.
myśmy mieli tylko pomidory. A oni gotowali ziemniaki z konserwą. Amerykańską. Jakie to było dobre... Może jeszcze kiedyś zrobię... Jak taką konserwę znajdę...
dali mi raz chleb. A tu nalot miał być. Uciekaliśmy do kręgów w rowie i ten chleb musiałam zostawić, bo się nie mieściłam z nim...
(wakacje z rodziną- niewyczerpane źródło wiedzy...)
niedziela, 6 lipca 2014
miniaturka z drogi
- podoba Ci się w przedszkolu?
- nie.
- a masz jakiegoś kolegę, którego lubisz najbardziej?
- nie. Kiedyś lubiłem Jednego i Drugiego, ale oni takie głupoty robią... Byłabyś zła. I Trzeciego też już nie lubię.
- ?
- bo on też straszne głupoty robi.
...
- siebie w sumie też nie lubię... Bo ja też czasem robię głupoty.
skutki pogawędek w drodze dla zabicia czasu.
teraz się zastanawiam, na ile chcę go jeszcze ciągnąć za język.
- nie.
- a masz jakiegoś kolegę, którego lubisz najbardziej?
- nie. Kiedyś lubiłem Jednego i Drugiego, ale oni takie głupoty robią... Byłabyś zła. I Trzeciego też już nie lubię.
- ?
- bo on też straszne głupoty robi.
...
- siebie w sumie też nie lubię... Bo ja też czasem robię głupoty.
skutki pogawędek w drodze dla zabicia czasu.
teraz się zastanawiam, na ile chcę go jeszcze ciągnąć za język.
środa, 25 czerwca 2014
jedna taka
życzę Ci z całego serca.
tylko jednej.
wystarczy.
bierzesz ją, na przykład, pod pachę w drodze do nowej szkoły pierwszego dnia. zagłuszasz swoją niepewność głośnym śmiechem i mocnym uściskiem.
i tak już zostajecie. z głośnym śmiechem i w mocnym uścisku.
zaczynasz, kończysz. biegniesz, skaczesz. wracasz, znów zaczynasz. i znów się cofasz. zmieniasz co się da. zastygasz w katatonii dążeń. kolejne święta, kolejne urodziny...
przy każdym zakręcie. przed każdą górką i na każdym zjeździe. bierzesz ją pod pachę.
i dźwigacie się. jedna na drugiej, jedna o drugą. czerpiecie z siebie i od siebie brakujące pokłady energii, a potem oddajecie z nawiązką.
lata mijają i ciągle wystarcza ta jedna.
życzę Ci takiej jednej z całego serca. 2.
niedziela, 22 czerwca 2014
chromosomy
jego o to nie pytają.
ma pozycję usankcjonowaną społecznie, ekonomicznie, kulturowo. zresztą, kto by śmiał?...
1.
druga doba po porodzie. położna laktacyjna przybywa z misją nauki karmienia symultanicznego dubletu.
- i co? było planowane?
- nie, skąd - uśmiecham się z nutką politowania. bo kto by umiał zaplanować bliźnięta? ha.ha.ha... dopiero po chwili z oparów hormonalnego upośledzenia wszelkich struktur mózgowych zaczyna rysować się rzeczywiste znaczenie pytania.
2.
w przerwie wykładu z dermy. wymiana pseudo intelektualnych wywodów na tematy skórne, tudzież próba wróżenia, które zagadnienie będzie TYM na zaliczeniu.
- no, ale wpadłaś, nie?
- ???! - mam dziwne przeczucie, że ta cisza właśnie wszystko wyjaśniła.
3.
pod blokiem po przedszkolu. bliżej nieznany sąsiad w ramach rozmówek podwórkowych o chmurkach:
- trzecie? no, chyba do pracy nie chciało się wracać, nie?
- ...
genetyczny projekt XX ma na czole neon: zapraszam, zaglądajcie pod kiecę. chętnie się wytłumaczę, ukorzę, pokajam. i uśmiechnę żeby nie było zbyt obcesowo. fil fri.
ma pozycję usankcjonowaną społecznie, ekonomicznie, kulturowo. zresztą, kto by śmiał?...
1.
druga doba po porodzie. położna laktacyjna przybywa z misją nauki karmienia symultanicznego dubletu.
- i co? było planowane?
- nie, skąd - uśmiecham się z nutką politowania. bo kto by umiał zaplanować bliźnięta? ha.ha.ha... dopiero po chwili z oparów hormonalnego upośledzenia wszelkich struktur mózgowych zaczyna rysować się rzeczywiste znaczenie pytania.
2.
w przerwie wykładu z dermy. wymiana pseudo intelektualnych wywodów na tematy skórne, tudzież próba wróżenia, które zagadnienie będzie TYM na zaliczeniu.
- no, ale wpadłaś, nie?
- ???! - mam dziwne przeczucie, że ta cisza właśnie wszystko wyjaśniła.
3.
pod blokiem po przedszkolu. bliżej nieznany sąsiad w ramach rozmówek podwórkowych o chmurkach:
- trzecie? no, chyba do pracy nie chciało się wracać, nie?
- ...
genetyczny projekt XX ma na czole neon: zapraszam, zaglądajcie pod kiecę. chętnie się wytłumaczę, ukorzę, pokajam. i uśmiechnę żeby nie było zbyt obcesowo. fil fri.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
aparat
pstryk.
czerwona sukienka w białe grochy. chustka na głowie. brązowe sandały z motylkami. chude nogi już pogłaskane promieniami i poorane chaszczami. grzywka mokra od potu.
pędzi na złamanie karku. gna, lawirując pomiędzy młodymi patykami przyszłych jabłonek, śliwek i gruszek, jakby wcale nie dotykała podłoża. tylko lekko zasapana.
nie pamiętam, o co pytała. pamiętam za to, że potem leciała z powrotem. stałam w dziurze przyszłego tarasu z gęsią skórką od chłodu surowych ścian. oczy bolały od słońca, a ja patrzyłam uparcie, jak w młodej zieleni początku czerwca powiewa czerwona sukienka w białe grochy topiona skwarem południa.
pstryk.
wiaderko po bardzo dużym opakowaniu jogurtu albo sera na sernik. na drewnianej ławce mydło "zielone jabłuszko" mocno już zużyte. obok pachnący ręcznik. woda w wiaderku jeszcze nie zdążyła się ogrzać od słońca, więc trochę mrowią palce.
trzyma się jedną ręką ławki i wsadza tam obie bose stopy. ledwie się mieszczą. tupie z całych sił, a miliony mokrych brylantów spadają na suchą drogę, czarnego kundelka i resztę towarzystwa. w uszach brzęczą radosne dzwoneczki. marszczy przy tym nos i pokazuje niepełny komplet uzębienia w ten jeden niepowtarzalny sposób.
za chwilę cała trójka ląduje w kolorowych miskach i zabawa nabiera jeszcze więcej kolorów.
stoję w cieniu altanki.
nas też była trójka kilkanaście lat temu. te same miski, a czasem nawet czerwona łódka Dziadka robiła za basen.
pstryk.
granatowa miseczka z IKEA. garść trawy, liść kapusty, trochę wody. i on. mokry, lepki od śluzu wystawia czułko - oczy powyżej krawędzi, dzierżąc delikatną chałupkę po stromej ściance. chce uciec. palce uwieńczone brudnymi paznokciami skutecznie te zapędy udaremniają. dużo w nich delikatności i zdecydowania. o własne zwierzątko trzeba dbać. trzeba je wychowywać. mieć zawsze na oku. albo w kieszeni. ewentualnie pod poduszką na noc...
zerkam z ukosa, układając wzniosłą przemowę na temat wyższości wolnego wybiegu.
pstryk.
pod blokiem. pomiędzy dwoma trzepakami metalowa ławeczka. trzy pary poobijanych, zaklejonych strupami kolan. trzy pary stóp w kolorowych sandałach wymachują rytm w takt wylizywania lodowych patyków. buzie, zajęte letnią przyjemnością, pierwszy raz od wielu godzin nie wydają dźwięków. cisza, kolorowe plamy na bluzkach i słońce.
stoję i do wtóru wylizuję mój patyk.
zapomniałam aparatu. może mi te słowa nie wyblakną...
czerwona sukienka w białe grochy. chustka na głowie. brązowe sandały z motylkami. chude nogi już pogłaskane promieniami i poorane chaszczami. grzywka mokra od potu.
pędzi na złamanie karku. gna, lawirując pomiędzy młodymi patykami przyszłych jabłonek, śliwek i gruszek, jakby wcale nie dotykała podłoża. tylko lekko zasapana.
nie pamiętam, o co pytała. pamiętam za to, że potem leciała z powrotem. stałam w dziurze przyszłego tarasu z gęsią skórką od chłodu surowych ścian. oczy bolały od słońca, a ja patrzyłam uparcie, jak w młodej zieleni początku czerwca powiewa czerwona sukienka w białe grochy topiona skwarem południa.
pstryk.
wiaderko po bardzo dużym opakowaniu jogurtu albo sera na sernik. na drewnianej ławce mydło "zielone jabłuszko" mocno już zużyte. obok pachnący ręcznik. woda w wiaderku jeszcze nie zdążyła się ogrzać od słońca, więc trochę mrowią palce.
trzyma się jedną ręką ławki i wsadza tam obie bose stopy. ledwie się mieszczą. tupie z całych sił, a miliony mokrych brylantów spadają na suchą drogę, czarnego kundelka i resztę towarzystwa. w uszach brzęczą radosne dzwoneczki. marszczy przy tym nos i pokazuje niepełny komplet uzębienia w ten jeden niepowtarzalny sposób.
za chwilę cała trójka ląduje w kolorowych miskach i zabawa nabiera jeszcze więcej kolorów.
stoję w cieniu altanki.
nas też była trójka kilkanaście lat temu. te same miski, a czasem nawet czerwona łódka Dziadka robiła za basen.
pstryk.
granatowa miseczka z IKEA. garść trawy, liść kapusty, trochę wody. i on. mokry, lepki od śluzu wystawia czułko - oczy powyżej krawędzi, dzierżąc delikatną chałupkę po stromej ściance. chce uciec. palce uwieńczone brudnymi paznokciami skutecznie te zapędy udaremniają. dużo w nich delikatności i zdecydowania. o własne zwierzątko trzeba dbać. trzeba je wychowywać. mieć zawsze na oku. albo w kieszeni. ewentualnie pod poduszką na noc...
zerkam z ukosa, układając wzniosłą przemowę na temat wyższości wolnego wybiegu.
pstryk.
pod blokiem. pomiędzy dwoma trzepakami metalowa ławeczka. trzy pary poobijanych, zaklejonych strupami kolan. trzy pary stóp w kolorowych sandałach wymachują rytm w takt wylizywania lodowych patyków. buzie, zajęte letnią przyjemnością, pierwszy raz od wielu godzin nie wydają dźwięków. cisza, kolorowe plamy na bluzkach i słońce.
stoję i do wtóru wylizuję mój patyk.
zapomniałam aparatu. może mi te słowa nie wyblakną...
czwartek, 12 czerwca 2014
zeszyt z Barbie
są.
czarny Adidas i czerwone L&My. sdm "makatki". naleśniki z Manekina w Bdg. witraż i krzyż w Zalesiu Górnym. Wetlina. sweter w żółto - granatowe paski. szmaciano - plastikowa Monika. Grom z jeziorem. nevermind...
są gdzieś w tle.
czasem przysypuje je tona proszku do prania, ludwik na zmywaku, klocki na podłodze, niewytarte kurze. ale nigdy tak naprawdę nie znikają. nie wiadomo kiedy, nagle z doskoku łapią za kołnierz, wciskają się w zakręty pod oponą twardą i wszystko zamiera.
ułamki sekund, szybkie migawki, zapachy, obrazy... wspomnienia...
są.
w chwili uderzenia tak żywe i kolorowe, że naprężasz zmarszczki w uśmiechu podlotka. może nawet staniesz, smagnięta powiewem mieszanki młodości, naiwności i ignorancji.
i chłoniesz.
napychasz się na zapas.
czepiasz się pazurami zmysłów.
...zapalniki wspomnień...
Coco Mademoiselle i Kenzo z makiem. szaro - biały kamyk z woreczka. Dworzec Centralny peron 3. czarna akustyczna gitara...
codziennie lepię nowe zapalniki.
powtarzam rytuały. powtarzam rytuały. powtarzam...
potrzebuję tych obrazów przeszłości.
potrzebuję tworzyć dzisiaj obrazy przeszłości na przyszłość.
matko, jak ja kocham to życie!... oby tak się dało codziennie o jeden dzień dłużej...
czarny Adidas i czerwone L&My. sdm "makatki". naleśniki z Manekina w Bdg. witraż i krzyż w Zalesiu Górnym. Wetlina. sweter w żółto - granatowe paski. szmaciano - plastikowa Monika. Grom z jeziorem. nevermind...
są gdzieś w tle.
czasem przysypuje je tona proszku do prania, ludwik na zmywaku, klocki na podłodze, niewytarte kurze. ale nigdy tak naprawdę nie znikają. nie wiadomo kiedy, nagle z doskoku łapią za kołnierz, wciskają się w zakręty pod oponą twardą i wszystko zamiera.
ułamki sekund, szybkie migawki, zapachy, obrazy... wspomnienia...
są.
w chwili uderzenia tak żywe i kolorowe, że naprężasz zmarszczki w uśmiechu podlotka. może nawet staniesz, smagnięta powiewem mieszanki młodości, naiwności i ignorancji.
i chłoniesz.
napychasz się na zapas.
czepiasz się pazurami zmysłów.
...zapalniki wspomnień...
Coco Mademoiselle i Kenzo z makiem. szaro - biały kamyk z woreczka. Dworzec Centralny peron 3. czarna akustyczna gitara...
codziennie lepię nowe zapalniki.
powtarzam rytuały. powtarzam rytuały. powtarzam...
potrzebuję tych obrazów przeszłości.
potrzebuję tworzyć dzisiaj obrazy przeszłości na przyszłość.
matko, jak ja kocham to życie!... oby tak się dało codziennie o jeden dzień dłużej...
niedziela, 8 czerwca 2014
robocop
ile nobliwych dam, ile cnotliwych matron, ile nieśmiałych dziewoi, ile krnąbrnych dziewuch... tyle różnych porodów.
ile szpitali, ile miejscowości, ile pieniędzy wyłożonych na cele dopieszczenia foteli ginekologicznych... tyle różnych porodów.
ile wybuchowych mieszanek genetyczno - socjalno - ekonomicznych... tyle różnych porodów.
bo można tak:
... poniedziałek rano. przyjęcie planowe na oddział. przygotowanie do cc. 38 Hbd. ciąża mnoga. bliźniak 1 ułożenie miednicowe. bliźniak 2 ułożenie poprzeczne. badanie bolesne, łóżko na 15 min. na patologii niewygodne. sala zimna. jakoś... goło tak... znieczulenie natychmiastowe. parawan. trochę studentów, kilka głosów.
(trzęsące się ręce, głupi uśmiech na facjacie, włosy dęba stoją w napięciu... streeeees)
kilka minut i pierwszy krzyk. wdech - wydech. wdech - wydech. jak w dowcipach o blondynkach. drugi krzyk. wyyyydech.
jedno chce zjeść nos, drugie policzek - sekunda na spojrzenie i...
nie ma.
długo.
całe niemal 12 godzin.
bo ruszyć się nie wolno. bo jeszcze znieczulenie. bo sen nadchodzi mimo, że się go wcale nie chce.
... bo krew trzeba toczyć...
a jak już są, to nie ma sił. pokój de lux przypadkiem dostany. i płacz we trójkę, bo czwarte koło z tego wozu wyrzucają z sanktuarium "Nowe Życie" o 22.00. pierwsze ziółka na uspokojenie. modlitwy o powrót. dużo modlitw.
bo można i tak:
piątek. przyjęcie planowe. podejrzenie hipotrofii. 39 Hbd.
- Pani po cc, więc jeśli Pani powie, że chce cc, to ma Pani pełne prawo.
- NIE. CHCĘ. CC. nigdy.
... więc cewnik. oksytocyny nie wolno, bo po cc...
- Pani się położy spać, bo to pewnie do poniedziałku nic się nie wydarzy. Mąż niech do domu też spać idzie.
- Ale ja CHCĘ urodzić dzisiaj. Ja, proszę Pani, muszę urodzić dzisiaj, jeszcze przed końcem roku. Bo to dobry rok jest.
- Ale Pani po cc, 2cm rozwarcia... pewnie i tak będzie cięcie w poniedziałek.
- Proszę Pani. ja. dziś. urodzę.
i...
słony smak wysiłku w ustach. wyjącą agresją wyładowany pakiet bólowy. niemoc, bezsilność i nieuchronność.
ósmy pasażer Nostromo wyłania się ot tak... bo to dobry rok jest...
i mimo odkrycia kresu własnych sił, mimo wydobycia z siebie alter ego, uwolnionego skurczem mięśni wszelakich, jest to również najpiękniejsze doświadczenie pokonania granic stawianych przez skorupkę ciała. Robocop...
i można wspominać na tysiąc różnych sposobów z każdej jednej perspektywy. i można jeszcze wiele innych historii wpleść w skowyt urodzin świętowanych hucznie co roku.
i można też świeczkę na tym torcie dodatkową wstawić...
dla Robocopa...
na cześć Siostry. na cześć Mamy. na cześć porodów z tej minuty...
ile szpitali, ile miejscowości, ile pieniędzy wyłożonych na cele dopieszczenia foteli ginekologicznych... tyle różnych porodów.
ile wybuchowych mieszanek genetyczno - socjalno - ekonomicznych... tyle różnych porodów.
bo można tak:
... poniedziałek rano. przyjęcie planowe na oddział. przygotowanie do cc. 38 Hbd. ciąża mnoga. bliźniak 1 ułożenie miednicowe. bliźniak 2 ułożenie poprzeczne. badanie bolesne, łóżko na 15 min. na patologii niewygodne. sala zimna. jakoś... goło tak... znieczulenie natychmiastowe. parawan. trochę studentów, kilka głosów.
(trzęsące się ręce, głupi uśmiech na facjacie, włosy dęba stoją w napięciu... streeeees)
kilka minut i pierwszy krzyk. wdech - wydech. wdech - wydech. jak w dowcipach o blondynkach. drugi krzyk. wyyyydech.
jedno chce zjeść nos, drugie policzek - sekunda na spojrzenie i...
nie ma.
długo.
całe niemal 12 godzin.
bo ruszyć się nie wolno. bo jeszcze znieczulenie. bo sen nadchodzi mimo, że się go wcale nie chce.
... bo krew trzeba toczyć...
a jak już są, to nie ma sił. pokój de lux przypadkiem dostany. i płacz we trójkę, bo czwarte koło z tego wozu wyrzucają z sanktuarium "Nowe Życie" o 22.00. pierwsze ziółka na uspokojenie. modlitwy o powrót. dużo modlitw.
bo można i tak:
piątek. przyjęcie planowe. podejrzenie hipotrofii. 39 Hbd.
- Pani po cc, więc jeśli Pani powie, że chce cc, to ma Pani pełne prawo.
- NIE. CHCĘ. CC. nigdy.
... więc cewnik. oksytocyny nie wolno, bo po cc...
- Pani się położy spać, bo to pewnie do poniedziałku nic się nie wydarzy. Mąż niech do domu też spać idzie.
- Ale ja CHCĘ urodzić dzisiaj. Ja, proszę Pani, muszę urodzić dzisiaj, jeszcze przed końcem roku. Bo to dobry rok jest.
- Ale Pani po cc, 2cm rozwarcia... pewnie i tak będzie cięcie w poniedziałek.
- Proszę Pani. ja. dziś. urodzę.
i...
słony smak wysiłku w ustach. wyjącą agresją wyładowany pakiet bólowy. niemoc, bezsilność i nieuchronność.
ósmy pasażer Nostromo wyłania się ot tak... bo to dobry rok jest...
i mimo odkrycia kresu własnych sił, mimo wydobycia z siebie alter ego, uwolnionego skurczem mięśni wszelakich, jest to również najpiękniejsze doświadczenie pokonania granic stawianych przez skorupkę ciała. Robocop...
i można wspominać na tysiąc różnych sposobów z każdej jednej perspektywy. i można jeszcze wiele innych historii wpleść w skowyt urodzin świętowanych hucznie co roku.
i można też świeczkę na tym torcie dodatkową wstawić...
dla Robocopa...
poniedziałek, 26 maja 2014
dzień dobry
napawam się dzisiejszym dniem.
dobrych dni jest pewnie dużo, ale tylko niektóre udaje się złapać za ogon. i cisnąć. i deptać spazmem rozkoszy.
bo to był dobry dzień.
i słońce było i burza. i rutyna dnia i ekscesy przedszkolne z okazji dnia. i kilka niespodzianek w równowadze "in plus" i "in minus". i ogólnie mało dąsów, mniej trochę złośliwych syków przez ząb, całkiem niedużo jęków niedoli i ucisku własnEGO.
za to był całkiem pokaźny wór rozsypanych uśmiechów. naręcze miłego słowa. drobnych Dobrych Gestów. i Dobrej Woli. było nawet sporo Czasu Razem Bez Dużych Napięć.
i to wszystko przemnożone pięciokrotnie.
... energia słoneczna, w powiązaniu z energią, powstałą z ruchu cząsteczek mobilizowanych na świeżym powietrzu do szybszego obrotu, ewidentnie pozytywnie wpływa na zacieśnianie rodzinnych więzi...
lato idzie.
dobrych dni jest pewnie dużo, ale tylko niektóre udaje się złapać za ogon. i cisnąć. i deptać spazmem rozkoszy.
bo to był dobry dzień.
i słońce było i burza. i rutyna dnia i ekscesy przedszkolne z okazji dnia. i kilka niespodzianek w równowadze "in plus" i "in minus". i ogólnie mało dąsów, mniej trochę złośliwych syków przez ząb, całkiem niedużo jęków niedoli i ucisku własnEGO.
za to był całkiem pokaźny wór rozsypanych uśmiechów. naręcze miłego słowa. drobnych Dobrych Gestów. i Dobrej Woli. było nawet sporo Czasu Razem Bez Dużych Napięć.
i to wszystko przemnożone pięciokrotnie.
... energia słoneczna, w powiązaniu z energią, powstałą z ruchu cząsteczek mobilizowanych na świeżym powietrzu do szybszego obrotu, ewidentnie pozytywnie wpływa na zacieśnianie rodzinnych więzi...
lato idzie.
piątek, 23 maja 2014
sprostowanie
bo to tak jest, że w końcu uda się usiąść wieczorem. i mimo, że oczy się zamykają, uda się zacząć "od środka" oglądać to, co dobrego tv daje. a czasem jednak się zdarzy.
i tak to właśnie jest, że to, co zapodali na ekranie, wciągnie do tego stopnia, że (po zimnym rozrachunku) jednak brak snu jest znikomą ceną za doznania kulturalne, będące od paru lat w katastrofalnym deficycie. i nawet można się uśmiechnąć na myśl o takim poświęceniu.
i jest też tak, że z głębi najgłębszej zapatrzenia, zasłuchania, oczarowania wyrwie zew dzieciny. właśnie 5-10-15 minut przed finałem. więc w pędzie wyłącza się wszystko i gna co tchu (bo to np. nie własne łoże, a łoże powiedzmy dziadków), by uspokoić i uśpić po raz kolejny. i okazuje się, że w tym pędzie ten zew nie powtórzył się więcej niż jeden raz, dziecię samo się uśpiło, a kultura jednak została odcięta.
i bywa również, że trzeba gdzieś koniecznie zapisać kilka słów, które chce się pamiętać. i chce się je potem opatrzyć ładną czcionką. i "ubrać" odpowiednio. więc robi się to z dziecięciem pod łokciem, z wygiętą głową, na telefonie. i pod kołdrą, żeby neonowa biel monitora nie zaburzyła ciszy.
i wtedy tak właśnie się zdarza, że zamiast "zapisz" klika się "opublikuj". a dowiaduje się o tym następnego dnia.
i tak już jest, że ważne słowa "idą w świat" jakoś tak bez fanfarów. bez ozdóbek. po prostu.
a kolejny film, którego początku oraz zakończenia nie poznam przez najbliższy dłuższy czas, w którego słowach się zatapiałam, to "Miasto utracone".
i tak to właśnie jest, że to, co zapodali na ekranie, wciągnie do tego stopnia, że (po zimnym rozrachunku) jednak brak snu jest znikomą ceną za doznania kulturalne, będące od paru lat w katastrofalnym deficycie. i nawet można się uśmiechnąć na myśl o takim poświęceniu.
i jest też tak, że z głębi najgłębszej zapatrzenia, zasłuchania, oczarowania wyrwie zew dzieciny. właśnie 5-10-15 minut przed finałem. więc w pędzie wyłącza się wszystko i gna co tchu (bo to np. nie własne łoże, a łoże powiedzmy dziadków), by uspokoić i uśpić po raz kolejny. i okazuje się, że w tym pędzie ten zew nie powtórzył się więcej niż jeden raz, dziecię samo się uśpiło, a kultura jednak została odcięta.
i bywa również, że trzeba gdzieś koniecznie zapisać kilka słów, które chce się pamiętać. i chce się je potem opatrzyć ładną czcionką. i "ubrać" odpowiednio. więc robi się to z dziecięciem pod łokciem, z wygiętą głową, na telefonie. i pod kołdrą, żeby neonowa biel monitora nie zaburzyła ciszy.
i wtedy tak właśnie się zdarza, że zamiast "zapisz" klika się "opublikuj". a dowiaduje się o tym następnego dnia.
i tak już jest, że ważne słowa "idą w świat" jakoś tak bez fanfarów. bez ozdóbek. po prostu.
a kolejny film, którego początku oraz zakończenia nie poznam przez najbliższy dłuższy czas, w którego słowach się zatapiałam, to "Miasto utracone".
środa, 21 maja 2014
było sobie życie part 2
ostatni rok. ostatnie zajęcia z bloku. piątek.
pamiętam, że wleciałam na wykład spóźniona, jeszcze w płaszczu i w biegu wyjmowałam Red Bulla, bo kawy nie zdążyłam zalać. pamiętam, że był to jeden z lepszych dni, bo koła pozaliczałam i tylko egzamin został i chociaż byłam tak totalnie nieprzytomna, to wiedziałam, że to ostatni dzień.
porodów nie było. operacji nie było. na patologii był spokój. na Izbie nikogo.
był spokój. tylko ja trochę poddenerwowana.
zajęcia, jak z bicza strzelił, przeleciały, a potem wszyscy do domu pobiegli. tylko nie ja i moja eM. bośmy się jeszcze na dyżur wpisały licząc, że się zlitują i nam odpuszczą.
ja już wiedziałam od początku, że test muszę obsikać. wyczuwałam od rana, ale, przytłumiona kilogramami książek i zwyżką nadgodzin nocnych, świadomość pozostawała uśpiona.
pamiętam, że w przerwie na obiad biegłyśmy pędem do baru mlecznego, potem zahaczyłyśmy Biedronkę (kolacja i śniadanie i "energetyki", bo a nuż widelec wszystkie brzuchate zaczną rodzić), a na koniec jeszcze aptekę. bo ten test, kurde.
tylko nie było gdzie go zrobić, a cenne minuty przerwy uciekały. więc wpadłyśmy do jakiegoś urzędu.
i tam, w przypadkowej toalecie, w pośpiechu przed powrotem na porodówkę (o, ironio!), obsikałam ten mój nieszczęsny test.
i nic nie jest w stanie opisać tej kumulacji uczuć. bo mało jest w życiu takich momentów, jak ten, kiedy sikasz na bibułkę i całe życie Ci się wywraca. i zapiera Ci dech tak, że musisz sobie przypominać o oddychaniu. i ręce drżą. i na zmianę nie wiesz, czy się śmiać czy płakać i właściwie nie rozumiesz co masz przed oczami. i to jest taki moment, który (myślę) pamięta się przez całe życie. bo w jednej sekundzie przewartościowujesz sobie całe dotychczasowe swoje szczęścia i nieszczęścia. i wszystko jedno, czy to są pierwsze Dwie Kreski w Twoim Życiu, czy drugie, czy kolejne.
to moment na miarę końca świata.
i choćbyś nie wiem jak na to czekała, choćbyś sprawdzała co tydzień przez miesiąc, bo a nuż... to i tak nie jesteś na to gotowa. a od tej pory na nic nie będziesz gotowa. ani na ciążę. ani na poród. ani na kolejne etapy wychowywania.
bo te tandetne, osłuchane i niemodne stare powiedzonka mają w sobie jednak pewną moc.
bo życie jest pełne niespodzianek.
pamiętam, że wleciałam na wykład spóźniona, jeszcze w płaszczu i w biegu wyjmowałam Red Bulla, bo kawy nie zdążyłam zalać. pamiętam, że był to jeden z lepszych dni, bo koła pozaliczałam i tylko egzamin został i chociaż byłam tak totalnie nieprzytomna, to wiedziałam, że to ostatni dzień.
porodów nie było. operacji nie było. na patologii był spokój. na Izbie nikogo.
był spokój. tylko ja trochę poddenerwowana.
zajęcia, jak z bicza strzelił, przeleciały, a potem wszyscy do domu pobiegli. tylko nie ja i moja eM. bośmy się jeszcze na dyżur wpisały licząc, że się zlitują i nam odpuszczą.
ja już wiedziałam od początku, że test muszę obsikać. wyczuwałam od rana, ale, przytłumiona kilogramami książek i zwyżką nadgodzin nocnych, świadomość pozostawała uśpiona.
pamiętam, że w przerwie na obiad biegłyśmy pędem do baru mlecznego, potem zahaczyłyśmy Biedronkę (kolacja i śniadanie i "energetyki", bo a nuż widelec wszystkie brzuchate zaczną rodzić), a na koniec jeszcze aptekę. bo ten test, kurde.
tylko nie było gdzie go zrobić, a cenne minuty przerwy uciekały. więc wpadłyśmy do jakiegoś urzędu.
i tam, w przypadkowej toalecie, w pośpiechu przed powrotem na porodówkę (o, ironio!), obsikałam ten mój nieszczęsny test.
i nic nie jest w stanie opisać tej kumulacji uczuć. bo mało jest w życiu takich momentów, jak ten, kiedy sikasz na bibułkę i całe życie Ci się wywraca. i zapiera Ci dech tak, że musisz sobie przypominać o oddychaniu. i ręce drżą. i na zmianę nie wiesz, czy się śmiać czy płakać i właściwie nie rozumiesz co masz przed oczami. i to jest taki moment, który (myślę) pamięta się przez całe życie. bo w jednej sekundzie przewartościowujesz sobie całe dotychczasowe swoje szczęścia i nieszczęścia. i wszystko jedno, czy to są pierwsze Dwie Kreski w Twoim Życiu, czy drugie, czy kolejne.
to moment na miarę końca świata.
i choćbyś nie wiem jak na to czekała, choćbyś sprawdzała co tydzień przez miesiąc, bo a nuż... to i tak nie jesteś na to gotowa. a od tej pory na nic nie będziesz gotowa. ani na ciążę. ani na poród. ani na kolejne etapy wychowywania.
bo te tandetne, osłuchane i niemodne stare powiedzonka mają w sobie jednak pewną moc.
bo życie jest pełne niespodzianek.
piątek, 16 maja 2014
jak zwykle
wieczór był spokojny, zwykły jak zwykle.
pora spania starszych Maluchów przeciągnęła się jak zwykle. leniwie było.
siedli przy stole, jak zwykle. każde ze swoją popitką całego dnia. nawet razem coś zaczęli oglądać i było to nawet zabawne. nawet się pośmiali. przyjemnie było, ciepło, wesoło. jak zwykle przy popitce, przy zgodzie po całym dniu. miło było.
tylko trochę głośno za oknem.
nie dało się spokojnie słuchać fali dźwiękowej laptopa. więc poszli zamknąć okno.
pod oknem głośno warcząca pompa. czerwone hełmy. odblaskowe kurtki. bliźniacze okno w bliźniaczym bloku otwarte na oścież. okno, gdzie firanki nie ruszały się nigdy i dziwili się, że jeszcze same nie rozpadły się ze starości. wiele razy zastanawiali się, czy tam ktoś mieszka.
firanek nie było.
za to był tłum czerwonych hełmów, niebieskich czapek, wścibskich oczek latarek. i oczernione framugi.
w odległości paru metrów obok ich małej sielanki - mała wielka tragedia. nie zauważyli. przecież było tak leniwie, spokojnie. jak zwykle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
