Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2015

deja vu

tadaaam. sezon oficjalnie uznaję za rozpoczęty.






odrzucałam tę natrętną muchę tak długo, aż przygwoździły mnie tropikalne 18 st. C i dziewuszkowe niebieskie spodki bulbi oculi. ukrzyżowana wielkopostnie oddałam się urokom mokrego piachu, kolejek na "łiiiiii!" [czyt. zjeżdżalni] i pierwszych zaczepek chodnikowych.

czekam z zapartym tchem na nową perspektywę. liczę ziarenka w wiaderku z nadzieją, że jednak wiek robi swoje. liczę na nó(u)ż z widelcem, może się przystosuję. może będę czerpać więcej. dawać jeszcze więcej. może w ogóle zapanuje miłość i pokój. i zdrowie.
policzyłam na palcach. dla pewności. 6 miesięcy miziania się grabkami po wypukłych czołach. pół roku podchodów do foremek. rozeznawania międzymatczynych terytoriów.

i stanęłam w słupie słońca osłupiona. jak bardzo constans jest matkowanie... osłupienie się wzmogło, gdy piaskowa śnieżka opatuliła zatuszowane milimetry rzęs i potok wylał się z serca oknami duszy.

hartuję się. nacieram się warstwą ochronną zobojętnienia i boję się, że mi się nie uda.
i boję się, że się jednak uda.
przysypuję histeryczne oznaki łopatkami w kolorach tęczy i próbuję oddychać w zwolnionym tempie. trochę tępo.






wiem, trzeba czerpać, zapamiętywać, notować. bo nie wróci.
pstrykając zdjęcia, odprawiam dzisiaj własną nowennę: niech nie wróci.

środa, 18 marca 2015

brzechwa

jadam czekoladę mleczną ze słonymi paluszkami. i chleb z musztardą.

mam Święty Czas Kawy, która nie może być "na sucho", jak powiada Tata. obowiązkowo trzeba ją zagryźć glukozą z węglowodanem.

czytam tylko jedną książkę na raz.
wybieram ją czasem i kilka tygodni, bo wiem, że dopiero po ostatniej stronie będę zdatna do spożycia w towarzystwie.

szorstkie, przesuszone strony z żółtaczką, wertowane kilka dekad temu, mają dla mnie coś pociągającego. i nie jest to zatęchły, grzybiczy zapach. w strukturze papieru przykucają artefakty, grubsze włókna, "pieprzyki", które z zacięciem osobowości anankastycznej pieczołowicie wydłubuję obgryzionym paznokciem.

czytam, idąc na przystanek, bo w autobusie już nie mogę. 
kilka razy uderzyłam już w słupek znaku drogowego.

kiedy sprzątam, zaczynam od szczegółów - szczoteczki do zębów wybielającej fugi. przygnębiających konstrukcji XXL staram się nie zauważać.

nie cierpię cerować.
mam w kolejce klientelę od roku. i ciągle liczę na ekspresowy naturalny rozpad materiału. jak dotąd nadaremnie.

mam słabość do planów. z wykonawstwem zawsze było gorzej. 
ale odwiedziłam już niejeden zakątek tego świata w ten sposób i biegła jestem w niejednym hendmejdzie.

nie lubię pogadanek na tematy oczywiste i pytań retorycznych. dostaję wysypki z napadem wścieklizny wewnętrznej przy swądku "romantycznych" i "uduchowionych" ciągot rozmówców.
działam jak TVN. lubię fakty. i proste zdania.

głupio suszę zęby do wszystkiego. 
asertywność to dla mnie słowo w języku UFO. to samo ma się ze zdrowym dystansem, obiektywizmem i rozwagą w słowach.

ciągle mi się "chce". tak ogólnie.
z tego wnioskuję, że jeszcze dycham.






...jestem mądra, jestem zgrabna, wiotka, słodka i powabna...







małe anomalie przyrody.
przyglądam się sobie z rozdziawioną gębą.
ile to człowieka kosztuje wysiłku i ile lat trzeba przedreptać, żeby dowiedzieć się o sobie tak prostych rzeczy.

poniedziałek, 9 marca 2015

pojedynki

bo bywają okresy. etapy.
bywa, że włączy Ci się celownik. namierzysz, wyostrzysz obraz i już wiesz. fajnal destinejszyn.






odczepiasz wtedy każdy możliwy nadbagaż, zakładasz klapki, jak u tej szkapiny od sąsiadów, co boi się drobić po ulicy pomiędzy mechanicznymi kuzynami. 
koncentrujesz się, zmuszasz do wysiłku.

bywa, że masz dość. widzisz kątem oka kuszące oazy pseudo - spokoju. uruchamiasz trybiki wyobraźni Co By Było, Gdyby. i jakoś niby wiesz, że byłoby cudownie i klniesz do/na nieba, że pewnych rzeczy nie da się cofnąć. że nie da się stanąć przed lustrem z tuszem, żeby ręka nie drgnęła, kiedy rzucisz w cholerę ten swój wyśniony miliony lat temu cel.
swędzi bardzo i jedyne co wydaje się sensowne, to wydrapać do krwi każdą literę wypisaną z tyłu głowy, na dnie serca. zamazać. wypruć. wytrzebić. przekierować target.

a jednak spinasz poślady.
zagryzasz wargę i ocierasz łzę.
masz to zakorzenione poczucie obowiązku. i ambicję, nie wiadomo skąd. i nadzieję. trochę głupią, ale zawsze. taka mać i tak lepsza niż żadna.
tak mówią.

więc się trzymasz. wgryzasz się w osuwający się grunt. zagłuszasz podszepty Niepewności i Poczucia Bezsilności. i brniesz po kolana w gęstniejącej niemocy.

...





czasem udaje się dobrnąć.
czasem udaje się udowodnić sobie, że Cię stać. że wysiłek ma pokrycie. 
czasem dostajesz do ręki namacalny dowód walki z sobą o siebie.

są fajerwerki i motyle w brzuchu.
jest to elektryzujące napięcie przed rozstrzygnięciem.
ręka drży, głos do wtóru.
może i skoczysz raz w amoku radości. ewentualnie zatańczysz szybki taniec szamana.
może i zęby wysuszysz trochę do szyby/ ekranu/ lustra... co się nawinie.
może i czujesz to wewnętrzne puchnięcie Własnej Wartości. i myślisz, że pojemność płuc, to na pewno masz jakąś dziś większą.

ale do ludzi to wyjdziesz już półgębkiem.
no, ba. nic tam. wcale nie tak wiele, ot, przypadkiem. udało się.
i sączysz ten półuśmiech, cedzisz dwa słowa przez szparę między-zębową. uprzejme. jak najbardziej obojętne.






a w środku puchniesz. bardzo prywatnie i osobiście puchniesz sobie na miarę potrzeb własnego ego.
i jakoś oko błyska.
i głowa ciut wyżej czołem zaciąga.
i dołek w poliku taki głębszy.



i wiesz, że to tylko Twoje.
cieszyć się, czy płakać?

czwartek, 5 lutego 2015

plasterki

to był piękny rok. ostatni. szósty.
koniec etapu tak długiego, że zabrakło mi nadziei na hepi end. a jednak.
życie pełne jest niespodzianek...






rok wart zapamiętania.
wprawdzie nie porażałam wiedzą i równowagą emocjonalną na egzaminach, ale jednak parłam dziarsko. jak przy porodzie. byle do końca, jeszcze tylko raz i drugi i będzie po wszystkim.
to nic, że ósme poty, że sińce z dołami, że poczucie niemożliwego, że ból egzystencjalny wszelkich wypustek rozlazłego organizmu. przecież już cofnąć się nie da.
więc dotarłam. doparłam. i dali mi zaproszenie, bym odebrała moje dziecko - Dyplom - z Rąk Zacnych. 10 w skali Apgar.

i był to grudzień AD 2012, a ja zażywałam drugiej strony barykady z wysłużonym L4 oraz wybujałym profilem dziewiątego miesiąca. i zaciskałam kciuki, krzyżowałam palce, chuchałam na śniegowe trawniki i kwiatki Dziadka Mroza - oby tylko nie powić przed Wręczeniem z owych Rąk małej książeczki ze zdjęciem opuchniętej i nafaszerowanej hormonami Absolwentki.

nic się nie liczyło. 
pożyczona bardzo elastyczna i za krótka kieca.
obcas za wysoki, ale tylko taki pasował. 
temperatura, w której niedogolone włoski przymarzały do rajstop.
miejsce na parkingu kilka przecznic za daleko.
setki twarzy, setki oczu, zdawkowe słowa i sztywność karków.

płynęłam na fali spełniającego się marzenia. tego, co to zawsze wydawało się nierealną mrzonką zakompleksiałego umysłu. płynęłam przez zamarznięte kałuże, z podporą Jedynego Pewnego Ramienia, wśród wróbli szukających okruszków. i byłam taka dumna. taka spełniona i spełniająca się. pewna nieograniczonych możliwości, jak Kate Winslet na dziobie Topielca.






teraz miał iść nasz rządek. gęsiego, dziarsko, pierś do przodu, broda wzwyż. po parkiecie na scenę. (płynę, trochę się wspieram na ramieniu znajomego - nieznajomego. trochę chyba ślisko. i te schodki takie strome... ale co tam, płynę przecież...).
w rządku. uścisk Zacnych Rąk. banan najbardziej dojrzały, na jaki można sobie pozwolić. klepu klep po Dziewiątym Miesiącu. haha, zapraszamy do Kliniki. niech nam płodzi młody lekarz, haha. doskonale. (no, to jeszcze raz te schodki i już. cudownie. mam, trzymam dowód końca kieratu lat wielu. o, już widzę krzesełko...).









wielkie !ŁUP! wstrząsnęło klepkami historycznego parkietu.
wieloryba wyrzuciła siła odśrodkowa: płetwy do góry i zwinny szpagat i trochę na pingwina i trochę na kołyskę. zafalowało wkoło od 10 w skali Beauforta.
- lekarza! niech ktoś wezwie lekarza! - zagrzmiała z balkonu pewna delikatniejsza dama nie z branży.








ponoć z wysoka upadki bardziej bolą. kilka plastrów na pewnych poczuciach jeszcze nie chce się oderwać.


co ja mówiłam?... a. życie jest pełne niespodzianek.

HAPPY END

niedziela, 18 stycznia 2015

operacja na otwartym sercu

wściekłe obcasy stemplują chodnik.
wygniatam strach, żal. poczucia. wszelakie.
ogłuszam się chaosem placówki publicznej.
plecak jest czerwony, przeładowany informacjami. spowalnia moje zapędy.





... godziny płaczu. odciski szczebelków. wygnieciony brzuch. godziny karmienia, odkładania, przysypiania, zasypiania. godziny wysuwania się cichcem, bo. godziny zbyt wczesnych pobudek. metry kolorowych kocyków "do dokrycia". kopniaki w nerki. karmienie, tulenie, noszenie, bezsilność, złość, gorączki. ciepłe rączki, zimne nóżki. wspomnienia...
dopadają wszystkie jednocześnie. wstrząśnięte nie mieszane...



dały radę. wstrząsnęły.



już po.
Ostatnia jest duża. już śpi sama. już nie rozpacza z braku. jestem wolna. jest okej. mam wolne noce. jest okej. mogę sobie spełniać wszystkie zaległe zachcianki i obietnice... ja - oswobodzona z kieratu Matka Polka.

muszę to wykrzyczeć sobie w twarz. 
zanegować. 
zaakceptować. 
wylać kroplę z oka i za kołnierz.
teraz mogę swobodnie układać sobie resztki pasji i możliwości.
nowe przyszło w oka mgnieniu i zostanie. nowe jest przecież dobre, każdy to wie. nowe jest potrzebne. nawet ja to wiem.






dlatego zabijam wzrokiem. idę, aż braknie tchu. zatapiam się w jazgocie, światełkach, szumach. 
żeby nie raziło poczucie końca. 

niedziela, 4 stycznia 2015

rok

nowy nie nowy. stary nie taki stary.
przebój roku. mój.









pierwsze  co: zostałam nominowana przez pewną Dobrą Kobietę do czegoś całkiem miłego (można sobie poczytać do czego w linku :). za co serdeczne noworoczne Bóg zapłać :) ruszyłam szarą komórą i wyszło mi takie oto kilka zdań:



1. Jeśli śniadanko, to słodko czy wytrawnie?

większość życia okłamywałam siebie, że na słodko. 
ByZyDyURyA. 
wytrawnie mocno.



2. A kolacja? Przed telewizorkiem czy przy muzyce? Tylko szczerze!:)))

oj, przy muzyce! byle głośnej, z dysonansami z wielu równoległych nadajników gąb wszelkich. i tak, katuję własne perkusyjne uzbrojenie ucha wewnętrznego dodatkową dawką radyjkowych szeptów. taka natura. 

a słuch - rzecz nabyta drogą płciową. kiedyś się zwróci błogim niedosłuchem.



3. Obiadki "na mieście" czy slow food w domowym zaciszu? A może jakaś trzecia opcja?

od dobrych kilku lat tylko sloł i to coraz bardziej.

a radości przy tym co nie miara :) może powinnam była zostać kucharką? ha.



4. Czy mieszkasz ze zwierzętami? Jeśli tak, to z jakimi?

co ja bym za to dała!
inwentarz domowy odwrotnie proporcjonalny do metrażu, z przewagą pierwszego.
jest psinka - podrzutek, koczująca w rozległych ostępach rezydencji Dziadków tudzież Rodziców. i zdecydowanie lubująca się w towarzystwie tamtejszego czworonożnego zarządcy. stawać uczuciu na drodze nie mam zamiaru.



5. Jaki jest Twój ulubiony styl w muzyce?

i żeś mi zadała. 
nie mam jednego stylu (zaraz wyjdzie na to, że w ogóle stylu nie mam :). słucham różności i lubuję się w dobrych dźwiękach, tekstach, pomysłach, bez nacisku. od Fasolek po Grechutę, od Brahmsa po Milky Chance i diskoZpola (idealne na weseło - weselach, bo wielbię takie imprezy miłością patologiczną), stary nowy ro(c)k... co za różnica, skoro dobrze w uchu leży? i zaśpiew przy tym niczego sobie :) a obecnie głównie klasycznie i po staropolsku. ze szczyptą Roty.



6. Wakacje nad morzem, w górach czy też gdzieś pośrodku?

wakacje w ogóle. 
uwielbiam każdy dłuższy wolny czas. wszędzie, bo ponoć "piękna nasza Polska cała...". w niepamiętnej młodości stawiałam na góry, wzgardziwszy morzem. teraz najchętniej jadę wszędzie po trochu. bo jak bez Mazur? a na Podlasiu też piknie. a na zachodzie jeszcze nie byłam... życia nie starczy, a chciałoby się jeszcze do sąsiadów zajrzeć :)



7. Wypoczynek w mieście czy z dala od cywilizacji?

no i cóż poradzę, że ja taka niezdecydowana. baba jak w mordę strzelił. ale podług starej tezy: Wypoczynek* to stan umysłu (* wstaw cokolwiek), więc szczerze wielce, zadziwiając samą siebie, powiem, że wsio ryba.

bo kto się oprze śwince, trawce, jabłku z drzewa czy świeżemu kompostowi? a jest taki, któremu obojętny spacer z lodami wśród fontann wzdłuż przypadkowo spotkanej wystawy fotografii i slalom pomiędzy odchodami ratlerków?
ha! wiedziałam, że nie będzie śmiałka, który to bogactwo odrzuci!



8. Czy sądzisz, że slow life to utopia, czy sprawa jak najbardziej życiowo realna?

sloł lajf to jak najbardziej stan umysłu :) i od tego zależy realność. u mnie działa.



9. Czy zdarza Ci się czytać poezję?

no, ba ;) ale są okresy zapomnienia i zapominania. dobrze, że jest Moja MSNL :)



10. Co wg Ciebie jest najważniejsze w relacji rodzic-dziecko?

zawsze uważałam, że szczerość.
tak w całości reakcji, uczuć, poglądów. w rozmazanym tuszu po łzach. w fochach i krótkich chwilach obrazy własnego ego. czasem nawet w przekleństwie. i w wybuchach śmiechu.
oby sytuacje opasywać adekwatnym komentarzem.
słowo. i normalność.



11. Czy mogłabyś/mógłbyś podać jedną najistotniejszą wartość, którą kierujesz się w życiu?

w sumie nigdy nad tym nie myślałam.
zawsze ceniłam prostotę. 
i chęć przegadania choćby półsłówkiem. żeby nie zostało nitki niedogadania.









i teraz powinnam nominować 11 blogów do 11 pytań.
sęk w tym, że nie znam aż tylu blogów tak dobrze, żeby im podesłać te pytania od serca. nie wiem, czy w ogóle globalnie ogarniam takie morze słowa.
w związku z tym ten punkt na razie opuszczę, ale solennie sobie obiecuję, że jak uzbieram obie jedenastki, to litości nie będę miała :)
a tymczasem idę mierzyć się z nowym, co nadeszło kilka dni temu i powoli się starzeje. oby nam się rześko toczyło!

sobota, 13 grudnia 2014

groszek

nie lubię Cię.
przykro mi. trochę.






podchodzisz do mnie w tłumie, uśmiechasz się, oczy Ci błyszczą. mówisz coś takim przyjemnie ciepłym głosem. żartujesz. śmieję się, bo to rzeczywiście zabawne. miło mi, że mnie wyłuskałaś.
a potem zbliżasz swoją twarz do twarzy mojego dziecka. za blisko. i pytasz ile ma lat, za chwilę sama udzielając sobie odpowiedzi.
patrzysz długo. za długo. przesuwasz sondę od kilku blond nitek i lepkiego policzka, przez plamę po sałatce, do zielonej plasteliny za paznokciem.
i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.

znajdujesz mnie pod stosem kurtek, które próbuję, ciągle jeszcze trochę niezdarnie, poupychać na plecach właścicieli. i informujesz mnie, że "nakrzyczałaś" na mojego męża, bo za ciepło ubrał moje dzieci.
sama je ubieram.
nie lubię Cię.

czekasz, aż skończę serię pytań i odpowiedzi z Przedszkolną Władzą. i ciskasz własną serią. gdziedoszkołyczytnaolipiadęatańcetokiedyczyjczytamożemnoży... gratulujesz mi osiągnięć przedszkolnych. a ja ciągle czekam na pytanie o IQ w kolejności rosnącej.
nie lubię Cię.

nie wiesz kim jestem, nazywasz mnie Tą Od Bliźniaków, Tą Z Trójką. bez wózka mnie nie rozpoznajesz. chcesz wiedzieć, czy będę mieć czwarte. czy pracuję. dlaczego jestem taka chuda. który wózek, śliniak, jaki tort na urodziny pierwsze i jaka zabawka na Gwiazdkę.
masz wiedzę omnibusa i częstujesz mnie tym słodko - gorzko - kwaśnym uśmiechem.
nie lubię Cię.

popychasz moje dziecko w kierunku ławki. nie pytasz, czy słyszało. nerwy puszczają Ci pod koniec dnia i nie masz cierpliwości. i popychasz moje dziecko.
potem stajesz w ramce z futryny i mówisz Dzień Dobry Do Widzenia. i oczy Ci błyszczą.
nie lubię Cię.








nie lubię Cię.
za bardzo uświadamiasz mi, jak naiwną jeszcze jestem dziewczynką. nigdy nie znajduję szybkiej Ciętej Riposty; oczy, jak zajączki, stają słupka, a moje IQ bawi się teraz ze mną w chowanego.
uśmiecham się. przykrywam lukrem błyszczyka niesmak i niemoc.

przykro mi. trochę.

piątek, 5 grudnia 2014

pierwszy ząbek

rosną.
no, wiem przecież.
wczoraj naciągałam podkoszulkę, starając się upchnąć ją w spodnie. tę, która prawie robiła za sukienkę w sierpniu.


rosną.
też mi nowina.
przy razowym z sałatą dwa owinięte w koce Głośniki nadają na częstotliwościach ciężkich do zniesienia. obecnie mają rzeczywiście bogatsze słownictwo niż 5 lat temu.


przecież zawsze to wiedziałam.
czekałam, wstrzymując oddech, kiedy w końcu...
ten mleczak i tak miał wypaść. może trochę za szybko. o wiele za szybko. ale to było jasne już w okresie prenatalnym.








małe dzieci mały problem. duże ponoć większy. zbyt wiele razy to wyśmiałam.







od niedawna jestem medium. siedzę przed kulą monitora, a tysiące zakładek mruga do mnie zachęcająco. żadna szkoła nie jest dobra. widzę samych drabów podbudowujących swoje niziutkie poczucie wartości, pastwiąc się fizycznie i psychiczne nad każdym odstępstwem od "normalności". widzę zmęczone nauczaniem emerytki próbujące wywalczyć chwile spokoju w klasie. widzę zadufane w sobie, antypatyczne małolaty plujące oszczepem "mięsa" i kiepskim dowcipem na odległość wielu metrów. widzę masę niesprawiedliwości, tysiące przykrych słów, wieloznacznych półuśmiechów, hektolitry łez. Sodoma i Gomora. podstawówka.


... byle zachować równowagę i się nie dać. byle nie zwariować z nadmiaru złych przeczuć. byle oddychać.
w ustach kwaśny posmak chełpliwych docinków, że ja nigdy. aż tak. nie będę. wariować. że mój chłód i opanowanie jest mi mieczem i tarczą. zachować dystans. oddychać.
przecież nigdy nie miałam być TAKĄ matką.
chłód i opanowanie. dystans.
dobre sobie...

bycie Matką jest bombą emocjonalną. jest piętnem. jest kwintesencją strachu, wyrzutów sumienia i bezsilności. jest walką ze sobą o siebie. JEST WALKĄ. z całym światem.



dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?...

piątek, 21 listopada 2014

do Córek

bo możecie wszystko.
w każdej chwili.
macie prawo do wyboru. prawo do pomyłki. prawo do wahania. prawo do bezmyślności. macie prawo nie wiedzieć. 
macie prawo ponosić konsekwencje.






i kiedyś przyjdzie taki dzień, że będziecie musiały się zatrzymać.

i będziecie musiały oprzeć się czołem, mięśniem, wolą napierającemu bagażowi doświadczeń. i nie wiem, czy życzyć Wam szybszej czy późniejszej retrospektywy. bo jak już staniecie, to coś pęknie. 
od tej pory zaczyna się Starość.

życzę Wam, abyście mogły spojrzeć za siebie i brać na bary cały ciężar przeszłości ze świadomością, że płacicie własne rachunki.





mądrość Waszej PraBabci i Babci:

* idźcie na studia "pożyteczne" (Niezaradna :*), nawet jeśli grozi Wam podwójny staż ("pożyteczne" czyt. wolny zawód);
* miejcie własne, niezależne źródło dochodów (PraBabcia Te powiada: kobieta MUSI mieć własne pieniądze!).


a z mojej strony:

* nie śmiejcie się ze sztampowych rad staruszków, zbyt szybko odkrywa się ich zakopane głębiny;
* słuchajcie co do Was mówią, bo mało kto słucha zdania do końca. a te końcówki właśnie bywają kluczowe;
* mielcie przez własne sito, autorytety też się mylą.


i pamiętajcie: takie jak Wy jesteście tylko jedne. i z pewnością znajdą się takie, które będą chciały być Wam bliźniaczkami.






bo kiedyś przyjdzie dzień, że Wasze Poczucie Własnej Wartości zostanie wystawione na próbę. przyjdzie taki czas, że być może będziecie chciały siać kolejne pokolenia. i ten czas przyjdzie najprawdopodobniej w najmniej odpowiedniej chwili.
i dokładnie w tym czasie tzw. równe szanse i emancypacja pomachają Wam na pożegnanie.

dlatego pamiętajcie: jeśli ktoś będzie próbował wmówić Wam, że pieniądze się nie liczą, kopnijcie go w wystający zad.
bo Babcia Te ma zawsze rację.
w ich towarzystwie konsekwencje są o wiele przyjemniejsze do zniesienia.

środa, 8 października 2014

kiedyś

zawsze lubiłam dzieci.
ale chyba coś mi się stało...





szła na zajęcia. wysoka blondynka, może chwilę starsza. a może przez ten wzrost dodałam jej powagi.
była już tu wcześniej, więc chętnie pokazała gdzie szatnia, sala, omówiła metody płatności i uraczyła refleksją o kadrze. miła, wesoła, bez barier komunikacyjnych, niedomówień. 
łatwo ją było lubić. 
kiedyś chętnie bym podtrzymała kontakt.
ale...

szła na zajęcia z synem. całkiem sympatycznym, ruchliwym chłopcem. 
kiedyś chętnie poszłabym z nimi na kawę i miałabym nawet frajdę z pogaduszek z małoletnim człowiekiem.
ale...





chyba coś mi się stało.
chyba już nie lubię dzieci. innych.
przeraża mnie myśl o kawie z czwartym dwunożnym krzykaczem. przeraża mnie perspektywa pogawędki pomiędzy kredkami i setną łódeczką origami.
zaszywam się w swoich dziwactwach na uboczach.

czwartek, 4 września 2014

szary

szary kremowo - brązowy blok. 
szare pomieszczenia z pokredkowanymi ścianami, które krzyczą o warstwę koloru.
szare miętoszenie trzech par zimnych nóżek w galarecie wczesnego poranka.
szary brzozowy stół w rozgardiaszu śniadania. łaskotki na szarym zielonym dywanie i kanapie w brązowe paski.
szare przepychanki z różowym swetrem i spacer szarym dziurawym chodnikiem do przydrogiego spożywczaka.
szara pomidorówka z ryżem w białej misce z różowo - żółtą łyżką.
drzemka na szarej niebieskiej pierzynie w piórka i pobudka z płaczliwym "mama".
wędrówka w szarym jaskrawozielonym wózku do butelkowo - zielonych wrót szarego przedszkola. powrót w rejwachu szarych pogaduszek i przepychanek.
szare waniliowe jogurty z czekoladowymi płatkami i gorącą herbatą z miodem. nasiadówka pod stosem pluszowych koców przed szarymi niebieskimi Smerfami i Małym Brązowym Zajączkiem.
szare czerwone gardło i smarkate chusteczki obok ciepłego czoła.
szary harmider kolacji. szara pienista biel kąpieli, szare ręczniki w zwierzątka, szare piżamy w wielu odcieniach szarych kolorów.
szare mlaśnięcia buziaków na dobranoc i szuranie w rytm "noski - noski". szara intonacja wieczornych czytanek.
pstryczek - elektryczek. bardzo szary.
szara przytulna cisza kilku godzin przy brzozowym stole z zieloną herbatą, lampką krwistego wina i kilkoma słowami półszeptów.




szarość.
lubię jesień z powodu leniwej szarości rutyny.
zawsze wydawała mi się pełna kolorów.

piątek, 1 sierpnia 2014

wybory

bo wakacje są po to, aby w nich się zatracać i wysysać promienie, wylizywać pompowane baseny, głaskać pozdzierane strupy.

po to są, aby nie musieć. absolutnie. pozwolić sobie na zapomnienie o obiedzie i zjedzenie w zamian lodów. na nieumycie zębów i zaśnięcie w ubraniu.

są po to, aby dziergać misterne plany przez cały zimowo - roboczy czas, a potem z nich rezygnować bądź modyfikować je lawinowo.

bo to wszystko jedno, czy leje strugami, czy wypala kolejne znamiona. co by nie było - to tylko wakacyjne załamanie pogody. a w wakacje wszystko jest dobrodziejstwem, bo najważniejszy jest w nich przecież czas. dużo czasu. brak pośpiechu. wolny oddech. wolne wybory.

więc ja wybieram: składaną parasolkę. różowe okulary. nowe bikini. nowe rozstępy i dodatkowe centymetry do odsłony na plaży. wybieram nie bardzo się przejmować oponką polegującą na udach w pozycji siedzącej i praktycznym niebytem garderoby zdatnej do noszenia. wybieram wybrać nowe gry na deszczowe przed - i popołudnia i wybieram nie zapomnieć zabrać kaloszy. ewentualnie wybieram poświęcić nowe sandały w imię dobrej zabawy i uczczenia luk w pamięci.




wybieram moje Wakacje. ostatnie przed powrotem do pracy w nastepne.
bo nie wie się, co się ma, dopóki tego nie zabraknie. a jednak dosyć przykre to powiedzenie o nocniku i ręce...

środa, 23 lipca 2014

prezent

trzask.

sandał w półbiegu. torebka uchyla paszczę ze zdziwienia, opluwając się kluczami i drobnymi. klamka z głuchym łoskotem zapadła. się.
tylko zielone cztery kółka z napędem na dwie nogi z wyrzutem sypią resztkami piasku i herbatnika.

stało się. trzask. ślepej kurze ziarno.



pędzę. trochę z powodu czasowych zobowiązań. głównie z przyzwyczajenia. wsiadam w tramwaj na gapę, bo goni mnie przeciągłe, przygłuszone drzwiami i pancernym wyrzutem sumienia zawodzenie i chlipanie. pędzę.

zamykam za sobą drzwi. takie duże, szklane, które zawsze sprowadzają mnie do poziomu Dawida co z Goliatem. zatapiam się w luksusie niepoplamionych obić, błyszczących kranów, pachnących kawą i kadzidłem korytarzyków. uśmiechy ani mnie ziębią ani parzą... w sumie wszystko mi jedno. jedyne, o co mam zamiar drapać pazurami, to absolutne minimum słownego przekazu. jak w dzieciństwie: usta na kluczyk. ciiiii...
po czasie zdecydowanie za krótkim wiem, że będę tęsknić do chłodu miejsc obróbki zewnętrznej mojego środka.

mój dzień. mój ci on. i jeszcze nie koniec z nim.



... ciąg dalszy...
czarno wszędzie. głucho wszędzie. 
popcorn będzie. i woda. i animowane przedstawienie dla dużych. dziś mam wolne od podejmowania decyzji. idę w wir tego, co kuchnia dała. a dała znakomicie.

więc jest znakomicie.
nic mi nie obija łydek. no, torebka może trochę zaburza moje poczucie równowagi swoją niezbyt słuszną posturą, a dłonie może rzeczywiście przejawiają drobne syndromy odstawienia nie mogąc znaleźć sobie punktu zaczepienia w mniejszej dłoni. spaceruję zdziwiona jak wiele rzeczy już mnie nie rusza... chyba urosłam.








idę. 
wracam. 
im bliżej, tym bardziej wyciągam nogi. za chwilę będę znowu pędzić. tylko tym razem niesie mnie samo do tego zielonego z wyrzutem sypiącego piaskiem i herbatnikiem przed wejściem.
wracam wcześniej. a myślałam, że dam radę... że mnie nie pociśnie po "instynkcie macierzyńskim" (fuj!). 
pewnie kiedyś dam. poczekam sobie spokojnie.

niedziela, 22 czerwca 2014

chromosomy

jego o to nie pytają.
ma pozycję usankcjonowaną społecznie, ekonomicznie, kulturowo. zresztą, kto by śmiał?...

1.
druga doba po porodzie. położna laktacyjna przybywa z misją nauki karmienia symultanicznego dubletu.

- i co? było planowane?
- nie, skąd - uśmiecham się z nutką politowania. bo kto by umiał zaplanować bliźnięta? ha.ha.ha... dopiero po chwili z oparów hormonalnego upośledzenia wszelkich struktur mózgowych zaczyna rysować się rzeczywiste znaczenie pytania.

2.
w przerwie wykładu z dermy. wymiana pseudo intelektualnych wywodów na tematy skórne, tudzież próba wróżenia, które zagadnienie będzie TYM na zaliczeniu.

- no, ale wpadłaś, nie?
- ???! - mam dziwne przeczucie, że ta cisza właśnie wszystko wyjaśniła.

3.
pod blokiem po przedszkolu. bliżej nieznany sąsiad w ramach rozmówek podwórkowych o chmurkach:

- trzecie? no, chyba do pracy nie chciało się wracać, nie?
- ...







genetyczny projekt XX ma na czole neon: zapraszam, zaglądajcie pod kiecę. chętnie się wytłumaczę, ukorzę, pokajam. i uśmiechnę żeby nie było zbyt obcesowo. fil fri.

czwartek, 12 czerwca 2014

zeszyt z Barbie

są.
czarny Adidas i czerwone L&My. sdm "makatki". naleśniki z Manekina w Bdg. witraż i krzyż w Zalesiu Górnym. Wetlina. sweter w żółto - granatowe paski. szmaciano - plastikowa Monika. Grom z jeziorem. nevermind...

są gdzieś w tle. 
czasem przysypuje je tona proszku do prania, ludwik na zmywaku, klocki na podłodze, niewytarte kurze. ale nigdy tak naprawdę nie znikają. nie wiadomo kiedy, nagle z doskoku łapią za kołnierz, wciskają się w zakręty pod oponą twardą i wszystko zamiera.
ułamki sekund, szybkie migawki, zapachy, obrazy... wspomnienia...

są.
w chwili uderzenia tak żywe i kolorowe, że naprężasz zmarszczki w uśmiechu podlotka. może nawet staniesz, smagnięta powiewem mieszanki młodości, naiwności i ignorancji.
i chłoniesz.
napychasz się na zapas.
czepiasz się pazurami zmysłów. 

...zapalniki wspomnień...
Coco Mademoiselle i Kenzo z makiem. szaro - biały kamyk z woreczka. Dworzec Centralny peron 3. czarna akustyczna gitara...










codziennie lepię nowe zapalniki. 
powtarzam rytuały. powtarzam rytuały. powtarzam...
potrzebuję tych obrazów przeszłości. 
potrzebuję tworzyć dzisiaj obrazy przeszłości na przyszłość.



matko, jak ja kocham to życie!... oby tak się dało codziennie o jeden dzień dłużej...

sobota, 31 maja 2014

nie chce mi się

początki były niemrawe. zupełnie niepozorne i w ogóle w nieprzepisowym czasie, więc kto by zwrócił na to uwagę? no, ja nie. bo wszystko trochę szło za szybko, zbyt sprawnie i ja się CIESZYŁAM, że takie to zdolne, zdrowe, szybkie...

ale każdy kij ma dwa końce, nieprawdaż?... oj, prawdaż.

pierwszy jęk niezadowolenia, pierwsza mina obrażonego Buddy, pierwsze wąwozy pomiędzy brwiami i karcące łzawe oskarżenie. nie dało mi to do myślenia. a powinnam była już wtedy przeczuwać, tknięta oparami wspomnień, powinnam była zbroić się na walkę.

nie ma dwóch lat, brakuje jeszcze wielu miesięcy. nie ma też metra, brakuje wielu cm. ale ma swoje zdanie. i ma wolę walki. a z nas dwóch tylko ona ją ma.
moja wola walki została wyczerpana kilka lat temu, kilka buntów temu. teraz rozsiadłam się wygodnie, rozpasana "rozumnymi" rozmówkami, błyskotliwą wymianą argumentów słownych, potyczkami na kpiny. teraz czuję wstręt do rozwiązań siłowych, do konsekwencji, która prowokuje kolejne wybuchy. czuję wstręt do tego poczucia zagubienia i bezsilności, które będzie towarzyszyło pewnie nam obu.
początki to jeszcze nie apogeum. wiem, że przyjdzie; wiem, że pewnie zdarzy mi się siłować w tym sklepie z tysiącem wątpliwości i suchymi łzami, ciągnąc ją do wózka w konwulsjach pretensji do świata. wiem i już czekam z drżeniem i modlę się bardzo po cichu, że może jednak jakoś to przeskoczy. że może skoro tak szybko wszystko, to TO też tak szybko minie. modlę się, ale wiary brak...






jak mi się nie chce spinać na wdechu przy każdym drgnieniu powieki w Ten sposób! 
jak mi się nie chce zastygać w napięciu przy każdej Tej zmianie w harmonogramie dnia! 
jak mi się nie chcę znowu pętać niepewnością przy obowiązkowych zakupach! 
jak mi się nie chce przeliczać spacerów na minuty cierpliwości! 
i nie chce mi się, jak cholera, rozważać atrakcji dnia w kategoriach taktycznego powrotu do domu!

ale nade wszystko, nie chce mi się znowu słuchać tego podszeptu, czy aby nie przesadzam? czy aby nie za ostro? czy aby nie za łagodnie? moja wina, moja wina... moja schizofrenia...

poniedziałek, 26 maja 2014

dzień dobry

napawam się dzisiejszym dniem.

dobrych dni jest pewnie dużo, ale tylko niektóre udaje się złapać za ogon. i cisnąć. i deptać spazmem rozkoszy.

bo to był dobry dzień. 
i słońce było i burza. i rutyna dnia i ekscesy przedszkolne z okazji dnia. i kilka niespodzianek w równowadze "in plus" i "in minus". i ogólnie mało dąsów, mniej trochę złośliwych syków przez ząb, całkiem niedużo jęków niedoli i ucisku własnEGO.

za to był całkiem pokaźny wór rozsypanych uśmiechów. naręcze miłego słowa. drobnych Dobrych Gestów. i Dobrej Woli. było nawet sporo Czasu Razem Bez Dużych Napięć.

i to wszystko przemnożone pięciokrotnie.







... energia słoneczna, w powiązaniu z energią, powstałą z ruchu cząsteczek mobilizowanych na świeżym powietrzu do szybszego obrotu, ewidentnie pozytywnie wpływa na zacieśnianie rodzinnych więzi...
lato idzie.

wtorek, 20 maja 2014

sinusoida

się spotykają. gdzieś. w szkole/ pracy/ na obozie/ rekolekcjach/ na zakupach/ u znajomych... gdzieś.
się spotykają. spojrzeniem/ dotykiem/ wspólnotą doświadczeń/ poglądów/ chęcią przeżywania... na wiele sposobów.

i te motyle w brzuchu: przyspieszony rytm serca; przyspieszone tętno; podniesione ciśnienie; drżenia mięśni; wyschnięte śluzówki; pulsacyjne wyrzuty hormonów.
i ptaszki ćwierkające. i tęcza nad głową. i słonko uśmiechnięte. i kwiatuszki pachnące. i też uśmiechnięte.
i trochę skrępowania. i pomyłek słownych. i chybionych gestów. i oswajania fizjologii. anatomii. fizjognomii. fizjonomii. filozofii.
i te rozmowy do późna. i plany potem już wspólne. i mieszkanie potem już wspólne. i życie potem już wspólne.


i ciężko im sobie wyobrazić, że to kiedykolwiek miałoby się zmienić. że tak, to na pewno nie miał nikt przed i nikt po nie będzie miał. i wszystkim życzyliby TEGO.
kryzysy? jakie kryzysy?! przecie nie u nas.

jakieś małe sprzeczki może. ewentualnie.
ścieranie się poglądów. ewentualnie.
drobne nieporozumienia. ewentualnie. rzadko.
troszkę irytacji. czasami. ewentualnie.

no, może czasem te skarpetki pod łóżkiem...
... śmieci wciąż w kuble...
... pusta rolka po papierze toaletowym...

no, może czasem bardziej na swoim chciałoby się postawić...
... inne kolory ścian chciałoby się...
... imię dla dziecka wybrać bez kompromisów...

no, bo przecież ile można się za rączki trzymać? przecież obiad trzeba zrobić. a dzieci też chcą tych rączek. i przecież to ich prawo. bo małe są.
no, bo przecież ile można się miziać i całować? przecież kurze trzeba wytrzeć, łazienkę umyć. a dzieci też chcą. i przecież to ich prawo.


i jakoś dwa równoległe światy się tworzą. chociaż nie wiadomo kiedy ten jeden wspólny świat się podzielił.





i sztuką jest te dwa światy trochę innych teraz doświadczeń, trochę innych teraz poglądów na pewne sprawy, trochę innego teraz odczuwania i przeżywania pewnych rzeczy, umiejętnie przeplatać i łączyć co jakiś czas na jakiś czas.
dwa odrębne szczyty i wspólna dolina.

liczą się te najdrobniejsze gesty, które trzeba nauczyć się dostrzegać.
obiad zrobiony bez proszenia. 
zakupy bez przypominania. 
dzieci na spacer w ramach spontanicznej akcji "wyzwolenia Matki/ Ojca" (człowieka, bądź co bądź).
i piwo kupione.
i ręka podana.
i darowany wyjazd do teściów.
i kibel umyty.

dopóki oboje CHCĄ. dopóki OBOJE się starają. dopóki OBOJE potrafią zejść ze swoich piedestałów. 
dopóty jest jeszcze szansa na motyle w brzuchu. i jeden świat pomimo.
bardzo w to wierzę.

piątek, 16 maja 2014

jak zwykle

wieczór był spokojny, zwykły jak zwykle.
pora spania starszych Maluchów przeciągnęła się jak zwykle. leniwie było.
siedli przy stole, jak zwykle. każde ze swoją popitką całego dnia. nawet razem coś zaczęli oglądać i było to nawet zabawne. nawet się pośmiali. przyjemnie było, ciepło, wesoło. jak zwykle przy popitce, przy zgodzie po całym dniu. miło było.
tylko trochę głośno za oknem.
nie dało się spokojnie słuchać fali dźwiękowej laptopa. więc poszli zamknąć okno.

pod oknem głośno warcząca pompa. czerwone hełmy. odblaskowe kurtki. bliźniacze okno w bliźniaczym bloku otwarte na oścież. okno, gdzie firanki nie ruszały się nigdy i dziwili się, że jeszcze same nie rozpadły się ze starości. wiele razy zastanawiali się, czy tam ktoś mieszka. 
firanek nie było.
za to był tłum czerwonych hełmów, niebieskich czapek, wścibskich oczek latarek. i oczernione framugi.




w odległości paru metrów obok ich małej sielanki - mała wielka tragedia. nie zauważyli. przecież było tak leniwie, spokojnie. jak zwykle.